piątek, 26 grudnia 2014

Zachcianki, na co dzień i od święta

Długo zastanawiałam się, o czym napisać w Święta. Czy zamęczać Was przestrogami, czy straszyć skutkami obżarstwa lub chwilowego zawieszenia ograniczeń dietetycznych? A może rozliczać z pszennych uszek w barszczu, pierogów, klusek z makiem, grochu, słodkiego piernika, makowca lub sernika? 
Nie. Święta to czas specjalny, wyjątkowy, magiczny. Nie powinny być źródłem stresu, wyrzutów, obciążeń i pretensji do samego siebie. Jeśli tylko nie macie zakazów uzasadnionych medycznie, takich, których złamanie mogłoby zagrozić Waszemu zdrowiu, a nawet życiu, odpuście trochę dietę na ten czas i nie przejmujcie się nadmiernie drobnymi grzeszkami. Umiar? Jak najbardziej. Nie chcę Was namawiać do rozpusty, ale wyrzucanie sobie potknięć i słabości jest o wiele bardziej szkodliwe, niż kawałek dobrego ciasta. 
Oczywiście osoby z chorobami metabolicznymi lub autoimmunologicznymi powinny być bardziej ostrożne. Każdy przypadek jest inny. Każdy chory powinien wiedzieć, jaka ilość zakazanej substancji może sprawić, że jego stan się pogorszy. Każdy chory musi też opanować trudną sztukę odmawiania przy stole:)



No dobrze, nie tylko nie będę dziś straszyć glutenem, cukrem i nabiałem, ale postaram się znaleźć usprawiedliwienie dla wszystkich, którzy - regularnie lub od święta - ulegają zachciankom. Nie myślcie, że to Wasza wina, kwestia słabej woli lub braku dyscypliny. Tak naprawdę, to zwykła chemia, co postaram się zaraz wyjaśnić.

Skąd wiadomo, że mamy na coś ochotę? Skąd wiadomo, czy to będzie dla nas odpowiednie czy nie? 

Zazwyczaj dzieje się tak, że planujemy sobie posiłek, wiemy, co będziemy jedli, zaczynamy jeść i gdzieś tam po drodze, nie wiadomo kiedy, nasze plany zaczynają się rozjeżdżać i zmieniać:) Mówimy: "to takie dobre, że zjem jeszcze kawałek", "jeszcze dwie łyżeczki", "no dobrze, ale tylko połowę" i cały czas wydaje się nam, że mamy nad tym kontrolę. 
Inny scenariusz wygląda tak, że zakładamy, co zjemy na śniadanie (z tym jeszcze najłatwiej), obiad, kolację, ale gdzieś tak w połowie dnia czujemy, że to trochę bez sensu, że może powinniśmy coś zmienić, że taka mała drożdżówka do kawy nie zaszkodzi, a w lodówce czeka na nas porcja wspaniałej makaronowej zapiekanki z wczorajszej kolacji, która nie powinna się zmarnować. Takie myśli potrafią być bardzo przekonujące, prawda?:)

A przecież zdrowy apetyt, to bycie głodnym pokarmów, które zasilają nasze ciało. To ochota, która pojawia się po zakończeniu jakiejś czynności w ciągu dnia i uświadomieniu sobie, że czas coś zjeść. To poczucie, że w danej chwili naprawdę potrzebujemy pożywienia. Świadomy wybór potraw, które nam nie zaszkodzą, nie rozregulują naszego metabolizmu, a dodadzą energii i poprawią samopoczucie. Wybieramy, co i kiedy zjemy, odczuwamy satysfakcję i możemy wrócić do innych obowiązków lub przyjemności.

Oto prosty, trzystopniowy program dr Alana Christiansona, który zdaniem autora, pomoże Wam (spokojnie, dopiero po Świętach!:)) pokonać złe zachcianki i odzyskać zdrowy, kontrolowany apetyt. Tak naprawdę tylko dwa punty tego programu wymagają wysiłku, ponieważ trzeci zostanie spełniony niejako automatycznie. 

1. Pierwszy krok: trochę więcej błonnika.

2. Drugi krok: odrzucić fruktozę.

3. Trzeci krok: odzyskać wolność, rozumianą jako jedzenie z wyboru, tego, co nam naprawdę potrzebne, a nie podstępnie narzucone;)

Nasz mózg przypomina trochę małą tablicę rozdzielczą pełną kontrolek i przycisków, umieszczoną tuż za oczami. Jakby świadomy umysł podzielony na dwie części. To, jak zaplanujemy i zorganizujemy dzień, ile błonnika i fruktozy przyjmiemy, określa, która część lampek przejmie kontrolę. Czy dokonamy racjonalnych, logicznych wyborów żywieniowych i staniemy się zdrowsi, czy wstąpimy do cukierni, żeby zaspokoić chwilową potrzebę i czuć się później gorzej? 

Nie musimy być ofiarami pokarmów, które nas otaczają, ofiarami tego, co jedzą inni, lub tego, co lubiliśmy jeść w przeszłości. Możemy świadomie tworzyć własne zdrowie i własna fizjologię wybierając to, co dla nas najlepsze. 
Często czujemy, że coś z nami nie tak, że to brak silnej woli, jakiś osobisty deficyt moralny powstrzymuje nas przed zmianami. Niestety takie uczucia nakręcają spiralę destrukcyjnych myśli i zachowań. Powinniśmy zrobić wszystko, żeby przerwać ten negatywny ciąg i ruszyć w stronę zdrowia, pozytywnych zmian, rzeczy które chcemy robić w życiu i dobrych relacji z bliskimi. 

Wytyczne są proste. Chcemy zwiększyć ilość spożywanego błonnika oraz zmniejszyć ilość spożywanej fruktozy. 

Ad. 1. Błonnik ma niesamowitą zdolność spowalniania trawienia jedzenia. Kiedy przełykamy pokarm, miesza się on z płynem w naszym żołądku, po czym przemieszcza się do jelita cienkiego. Stamtąd, wchłonięty przez kosmki jelitowe, przedostaje się do krwi. Tak się dzieje, gdy jesteśmy zdrowi i przyswajamy wszystkie niezbędne składniki odżywcze. Błonnik sprawia, że cały ten proces przebiega wolniej. Im więcej błonnika spożywamy, tym droga od pokarmu do krwiobiegu jest spokojniejsza, a stężenie cukru we krwi bardziej stabilne. Niepotrzebny nam rollercoaster gwałtownych stymulacji, skoków i spadków. 
I tu przechodzimy do sedna - zachcianki nie są wynikiem naszego słabego charakteru lub innych braków psychologicznych. Te niezdrowe pragnienia powstają na skutek szybkich zmian poziomu cukru we krwi. Kiedy poziom cukru gwałtownie spada, mózg krzyczy "potrzebuje paliwa! potrzebuje paliwa w tej chwili!". To sprawia, że jesteśmy jak marionetki na sznurkach, które nagle zmieniają swoje plany. Myślimy "dobrze, zjem tylko jedno ciastko, przecież nic się nie stanie" i wydaje nam się, że podejmujemy świadome decyzje, ale tak nie jest. Decydujemy nie my, a chemia. 
Pierwszy posiłek ma największy wpływ na to, jak stabilny będzie nasz cukier przez cały dzień. Jeśli zjemy na śniadanie odpowiednią ilość dobrej jakości błonnika będziemy mieli bezpieczny poziom cukru we krwi, mniejsze łaknienie i zdecydowanie więcej energii. Dobrze jest więc tak skomponować zawartość talerza, żeby znalazł się na nim zarówno błonnik rozpuszczalny jak i nierozpuszczalny (uwaga! tego drugiego znacznie mniej, gdyż może zmniejszać absorpcję cynku, magnezu, wapnia czy żelaza). Najlepszym źródłem błonnika rozpuszczalnego są owoce i warzywa. Jeśli chodzi o błonnik nierozpuszczalny, polecam nasiona chia, którymi posypuje niemal wszystko:) Suplementacja przy zdrowej diecie jest zbędna, wystarczą brokuły, sałaty, marchew, jabłka, gruszki, pomarańcze i awokado:)
Podobnie, jak w innych sferach, powinniśmy i tu zachować umiar, gdyż nadmierna konsumpcja błonnika (zwłaszcza dodatkowo dosypywanego do potraw) może doprowadzić do przerostu bakterii jelitowych i innych komplikacji. 

Ad. 2. Fruktoza, czyli cukier owocowy, tak naprawdę znacznie częściej niż w owocach, miodzie i nektarze kwiatów, ukrywa się dziś w przetworzonej żywności. Jest zdecydowanym wrogiem stabilnego poziomu cukru we krwi, ponieważ metabolizm fruktozy wymaga od wątroby dodatkowej, ciężkiej pracy, skutkującej spadkiem poziomu cukru. Rezultat już znamy - chociaż jeden cukierek albo dodatkowa kromka chleba:)
Owoce nie są złem. Jednak ze względu na to, że toksyny, środowisko oraz duża ilość przetworzonej fruktozy obciążają bardzo wątrobę, nasze ciała dużo gorzej niż dawniej tolerują fruktozę naturalną. Dobrze jest więc ograniczać spożycie owoców do jednej/dwóch porcji dziennie. Oczywiście, kiedy to piszę, zakładam, że wszystkie napoje gazowane, cukierki, ciastka i ciasteczka już dawno poszły w odstawkę - im mniej takich zwodniczych produktów, tym mniej zachcianek:)

Ad. 3.  Gdy ograniczymy fruktozę i zwiększymy spożycie błonnika, dostaniemy w bonusie wolność od niezdrowych zachcianek. Ale nie tylko, wiele badań potwierdziło, że specyficzny stosunek "wyższy błonnik - niższa fruktoza" przynosi znacznie więcej korzyści - reguluje poziom cholesterolu, trójglicerydów, ciśnienie krwi oraz system immunologiczny organizmu. 

Kiedy już stłumimy szkodliwe zachcianki i osiągniemy przewagę w walce, którą do tej pory przegrywaliśmy, odzyskamy poczucie kontroli nad własnym ciałem,  schudniemy, poczujemy się silniejsi, lepsi i gotowi zrobić jeszcze więcej dla swojego zdrowia. Nasza pewność siebie wpłynie na relacje z innymi ludźmi - zaczniemy się z nimi lepiej komunikować, poczujemy się bezpieczniej z tym, kim jesteśmy i jakie mamy potrzeby. Tego życzę - Wam i sobie - na kilka dni przed Nowym Rokiem.

P.S. Póki co, mamy jeszcze przed sobą kilka godzin Świąt. Nie bądźcie dla siebie zbyt surowi:)



piątek, 19 grudnia 2014

Biorę lekarstwo na tarczycę, dlaczego wciąż czuję się źle?

Dlaczego tak wiele osób przyjmujących leki na tarczycę, wciąż nie czuje się dobrze? Dlaczego pacjenci nie odczuwają znaczącej poprawy, skoro poziom ich hormonów został "unormowany"? Dlaczego lekarz uspokaja, że choroba jest pod kontrolą, a nas nie opuszcza niepokój?

Powszechnie wiadomo, że lekarstwa zdecydowanie zbyt często leczą objawy choroby, a nie jej przyczyny. Użyłam słów "zbyt często", ponieważ jestem świadoma istnienia i znaczenia leków zwalczających dolegliwości u źródła, ale te, które endokrynolog przepisuje chorym z niedoczynnością tarczycy, z pewnością do takiej grupy nie należą. 


Główną przyczyną utrzymywania się dokuczliwych objawów - MIMO ustabilizowanych hormonów - jest to, że przyjmujemy leki wyrównujące efekty złej pracy tarczycy, bez określenia i próby naprawienia, tego, co tę pracę tak naprawdę zaburza, co sprawia, że nasza tarczyca niedomaga. 


Leczymy się. Często od lat. Każdego ranka połykamy pastylkę lub dwie. Dawka wydaje się być ustawiona dobrze. Wyniki badań laboratoryjnych w normie. Skąd więc ciągłe osłabienie, tycie, kłopoty ze snem, rozdrażnienie, zmęczenie, depresja, spuchnięte nogi, dolegliwości jelitowo-żołądkowe, zaburzenia koncentracji i wiele innych utrudniających codzienne życie objawów? 


Najprawdopodobniej stąd, że leki, które bierzemy:


  1. same w sobie nie powstrzymują procesu autoimmunologicznego niszczącego tarczycę,
  2. nie są skierowane przeciwko chorobie autoimmunologicznej,
  3. często zawodzą, nie przynosząc ulgi i poprawy samopoczucia,
  4. lub mogą być po prostu nieodpowiednie akurat dla nas. 


Ad. 1. Same leki nie powstrzymują procesu autoimmunologicznego, który dalej niszczy tarczycę.

Wiemy już, że to autoagresja (choroba Hashimoto) jest jedną z najczęstszych przyczyn niedoczynności tarczycy. Wiemy też, że procesy autoimmunologiczne niszczą nasz gruczoł tarczowy. Czas przejść do sedna - otóż leki uzupełniające hormony tarczycy nie robią niemal nic, by zatrzymać tę niewłaściwą reakcję układu odpornościowego.

Czy to oznacza, że endokrynolodzy nas zwodzą? Nie, ale powinniśmy rozważyć bardziej kompleksowe podejście do swojej choroby.


Leki są potrzebne. To poza dyskusją. Jeśli czyjaś tarczyca jest poważnie uszkodzona i nie produkuje wystarczającej ilości hormonów, może być nawet konieczne bezterminowe, dożywotnie uzupełnianie braków. Wiadomo bowiem, że utrzymanie poziomu hormonów tarczycowych w granicach normy jest bardzo ważne dla funkcjonowania całego organizmu. 

Jednak wielu pacjentów dalej czuje się słabo, mimo iż wyniki ich badań są dobre. Pojawiają się zagubienie, niepokój, zniechęcenie, bezsilność. Leki dawały im złudne poczucie, że robią w walce z chorobą "wszystko, co mogą". Ale to nieprawda. Trzeba zrobić NAPRAWDĘ wszystko, żeby stłumić przyczyny choroby autoimmunologicznej, w przeciwnym razie, łatamy jedynie dziury w ścianach, zostawiając otwarte drzwi, przez które spokojnie mogą wejść inne, zupełnie nowe schorzenia.

Monoterapia polegająca - tylko i wyłącznie - na przyjmowaniu leków, nie jest dobrym rozwiązaniem także z innego powodu - najczęściej wymaga przyjmowania lekarstw do końca życia. Czyż nie lepiej byłoby potraktować je jako chwilową podporę? Założyć, że uzupełniamy hormony przez pewien czas, dzięki czemu odciążamy tarczycę, by móc się zająć prawdziwymi, ukrytymi przyczynami jej nieprawidłowej pracy? Przecież, wielu pacjentów, którym w odpowiednim momencie, udało się stłumić pierwotne podłoże choroby, nie potrzebuje później żadnych leków.


Dlatego -  leki lekami - ale powinniśmy, przede wszystkim, położyć nacisk na spowolnienie procesu autoimmunologicznego (zmienić dietę, styl życia, włączyć suplementy itd.)

Oto wykres, który pokazuje, w bardzo uproszczony sposób, co dzieje się z gruczołem tarczowym, jeśli nie wyciszamy reakcji autoimmunologicznej organizmu. 



Czas płynie, a zdrowej tkanki tarczycy ubywa. Im mniej zdrowej tkanki tarczycy, tym mniej wytwarzanych przez nią hormonów. Im mniej hormonów, tym większa niedoczynność. A ponieważ gruczoł tarczowy robi się coraz mniejszy, potrzebujemy coraz większych dawek leków, które uzupełnią niedobory hormonalne. Czy widzicie dokąd zmierza krzywa? 


Ad. 2. Leki nie działają na żadną z przyczyn choroby autoimmunologicznej.

Przedstawiam Wam przyjemny schemat, który w baaardzo uproszczony sposób pokazuje, jak powstają hormony tarczycowe w naszym ciele. 

Kiedy tarczyca się rozleniwia, przysadka mózgowa podnosi poziom TSH, dając tym samym sygnał, że tarczyca musi "podkręcić obroty" i wytworzyć więcej T4. T4 nie ma dużego wpływu na metabolizm. To T3, który powstaje z przekształcenia T4, jest hormonem aktywnym. Świeżutkie T4 rozchodzi się więc po organizmie i w tkankach obwodowych (głównie wątrobie, nerkach i jelitach) przemienia się w T3. Jest to tzw. konwersja T4 w T3. Po takim procesie, wolne już T3 może się dostać do wszystkich komórek ciała i działać:)



Takie proste przypomnienie pozwoli nam lepiej zrozumieć trzy główne przyczyny niedoczynności tarczycy, czyli:

1. Niedoczynność przysadki mózgowej, wywołana przez infekcje, uszkodzenia, guzy/tętniaki, toksyny lub stres. Jeśli przysadka mózgowa nie działa poprawnie, nie może wyprodukować odpowiedniej ilości TSH, by pobudzić tarczycę.

2. Słaba praca samej tarczycy - zbyt mała produkcja T4, wywołana przez chorobę autoimmunologiczną (Hashimoto), niedobory składników odżywczych, zbyt niski poziom progesteronu lub problem z receptorami tarczycy.

3. Zaburzenia konwersji T4 w T3, wywołane przez uszkodzenie wątroby, problemy trawienne, zapalenia, stres, wysoki estrogen/niski testosteron.

Przyjmowanie leków uzupełniających niedobory hormonalne nie powstrzyma zapalenia, nie zmniejszy ilości toksyn w organizmie, nie ustabilizuje hormonów stresu, nie zniesie wszystkich kłopotów jelitowo-żołądkowych, nie uzupełni brakujących składników odżywczych, nie podniesie poziomu progesteronu i nie wyrówna męskich oraz damskich hormonów. Jeśli nie poszukamy dodatkowych sposobów na okiełznanie tych wszystkich czynników sprawczych, prawdopodobnie za jakiś czas wywołają one kolejne symptomy i choroby. 


Ad. 3. W przypadku wielu pacjentów, leki nie tylko nie zlikwidują, ale nawet nie złagodzą wielu dokuczliwych objawów.

Dzieje się tak z trzech możliwych powodów:

  • Jeśli ktoś ma słabą konwersję T4 w T3 i dostaje lekarstwo zawierające jedynie T4 (np. Euthyrox), bardzo prawdopodobne, że wciąż będzie miał zbyt niskie T3.
  • Jeśli ktoś wytwarza zbyt dużo rT3, będzie miał cały czas blokowane swoje T3, nawet przy przyjmowaniu leków z T3 (np. Novothyral lub Cytomel). rT3 (odwrotna trójjodotyronina) jest antagonistą T3, czyli działa przeciwstawnie do T3. Dzięki takiej samej strukturze molekularnej wiąże się z receptorem  odpowiednim dla T3, ale sama jest hormonalnie nieczynna (niestety badanie odwrotnej rT3 jest możliwe w Polsce jedynie po zakupieniu testu w sklepie online).
  • Są badacze, którzy uważają, że hormony tarczycowe niektórych pacjentów mogą z czasem utracić zdolność oddziaływania na poziomie komórkowym. Oznacza to, że niezależnie od tego, jakiej dawki leku by nie przyjęli, będą się czuć źle. I chociaż badania na ten temat dopiero raczkują (doświadczenia na zwierzętach, in vitro), ich wyniki mogą ostatecznie potwierdzić jedną z sytuacji, w której podawanie chorym leków jest bezzasadne. 
Dobra wiadomość jest taka, że w każdym z tych trzech powodów, motorem napędzającym są stany zapalne w organizmie. A najczęstszą przyczyną takich stanów są problemy jelitowe, w leczeniu których medycyna funkcjonalna osiąga wspaniałe wyniki. 
Zła wiadomość jest taka, że same lekarstwa na tarczycę nie robią praktycznie nic, co by pomogło złagodzić problemy jelitowe i stłumić zapalenia.

Wniosek? Mamy kolejny powód, by zatroszczyć się o swój układ trawienny:)

Ad. 4. Leki, które przyjmujecie mogą być - AKURAT dla Was - nieodpowiednie.

"Tak naprawdę poczułem się gorzej, gdy zacząłem przyjmować leki na tarczycę." - to podobno bardzo częste słowa pacjentów wchodzących do gabinetu endokrynologicznego. Taka sytuacja może mieć rzeczywiście miejsce. I to bez względu na typ leku, który chory przyjmuje.

Leki stosowane przy niedoczynności tarczycy możemy podzielić na 4 grupy:

a. leki syntetyczne, w których składzie jest tylko T4 (a dokładnie lewotyroksyna - syntetyczny analog tyroksyny), np. Euthyrox, Letrox, Eltroxin itp., czyli najczęściej przepisywane w naszym kraju,

b. leki syntetyczne, w których składzie jest tylko T3, np. Cytomel, Thybon - w Polsce niedostępne, ale jest wielu pacjentów, którzy sprowadzają je z zagranicy,

c. Leki syntetyczne zawierające mieszankę T4/T3, np. Novothyral - wciąż trzeba szukać lekarzy, którzy podejmą się leczenia taką kombinacją,

d. Leki naturalne/bioidentyczne z T4/T3, np. Armour z hormonami ze świńskiej tarczycy, w Polsce niedostępne, część pacjentów zamawia je z zagranicy (USA).

Pacjent przyjmujący leki syntetyczne, jest narażony na szkodliwe działanie różnych dodatkowych substancji wchodzących w skład tabletek, takich jak barwniki, wypełniacze lub konserwanty. Przy pewnej wrażliwości, wpisanej w naturę schorzeń immunologicznych, może się zdarzyć, że któryś z tych czynników nasili dokuczliwe objawy. W takich przypadkach, lepiej się sprawdzą leki naturalne lub bioidentyczne, które zawierają bardzo mało (jeśli w ogóle) tego typu dodatków. 

Jednak i w lekach naturalnych kryje się pewne zagrożenie, bowiem niektórzy pacjenci z autoagresją mogą wytwarzać przeciwciała przeciwko własnym hormonom T3 i T4. Leki oparte na hormonach bioidentycznych, które niemal nie różnią się od ludzkich T3 i T4, mogą wtedy podkręcać ich reakcję autoimmunologiczną. Tacy pacjenci będą się czuć zdecydowanie gorzej po przejściu na np. Armour, dlatego akurat dla nich, najlepszym rozwiązaniem wydaje się być powrót do leków syntetycznych. Syntetyczne T4 i T3 różnią się od tych T4 i T3, które występują w naszym ciele i nie nasilą odpowiedzi immunologicznej. 

Leki powinny być więc dobierane bardzo indywidualnie. W Polsce wybór jest ograniczony, ale jeśli ktoś, mimo ustabilizowanego poziomu hormonów, cały czas czuje się źle, naprawdę warto szukać alternatyw. 

Wniosek:

Przepisanie pacjentowi z niedoczynnością tarczycy o podłożu autoimmunologicznym JEDYNIE leków uzupełniających niedobory hormonalne, jest jak wręczenie wiadra komuś na tonącym statku. Owszem, pomoże mu to przetrwać trochę dłużej, ale dopóki dziura w kadłubie nie zostanie zatkana, taki człowiek jest skazany na przegraną. 



poniedziałek, 15 grudnia 2014

Mój rachunek sumienia - grzeszki, wątpliwości i postanowienia

Kochani, to będzie obrzydliwie prywatny, intymny, ekshibicjonistyczny wręcz post, więc jeśli szukacie merytorycznego wsparcia, możecie sobie darować czytanie ;)

Minęło prawie sześć tygodni odkąd przeszłam na dietę bezglutenowo-beznabiałowo-bardzoniskocukrową i chciałabym się z Wami podzielić swoimi obserwacjami, słabostkami, wnioskami i planami na najbliższą przyszłość. Żeby jakoś usystematyzować te wynurzenia, wrzucę je do trzech przegródek: dietetycznej, ruchowej i psychologicznej:)

1. Dieta


Zacznę od cudownej, zaskakującej, motywującej i uszczęśliwiającej informacji: JESTEM LŻEJSZA o 4 KILO! Myślę, że mój organizm przyjął optymalne tempo chudnięcia (nie więcej niż kilogram tygodniowo), które nie zaszkodzi ani zdrowiu, ani urodzie. Czy muszę tłumaczyć, ile radości wniósł w ostatnim czasie do mojego życia ten fakt?:) Większość z nas boryka się z problemem zepsutej wagi łazienkowej, której strzałka działa tylko w prawą stronę. Miałam tak od wielu miesięcy, jeśli nie lat, ale waga już "naprawiona"! ;)

Chcę żeby było jasne: nie jem mniej, jem lepiej! Nie przypominam sobie, żebym choć raz, w ciągu tych sześciu tygodni, była naprawdę głodna (mam na myśli "GŁODNA", jak zawsze dotąd, gdy chciałam schudnąć:)). 

No dobrze, rozpłynęłam się z zadowolenia, a przecież mój plan ma z założenia służyć poprawie zdrowia, a nie sylwetki. Co zaobserwowałam? Mój brzuch jest jakby uspokojony, wyciszony - skończyły się wieczorne wzdęcia, bóle, nudności, bulgotanie w jelitach oraz uczucie pełności po każdym posiłku. Poprawiła mi się cera, skóra jest jakby bardziej napięta i rozświetlona. Ustąpiła senność w ciągu dnia. Szczerze mówiąc, jestem tak pełna energii, że zaczyna mi to już trochę przeszkadzać i niepokoić, czy nie wpadłam w nadczynność (po Świętach zrobię pierwsze porewolucyjne badania, o czym z pewnością napisze). Dwa miesiące temu nie wyobrażałam sobie dnia bez popołudniowej drzemki. Wstydząc się bliskich mówiłam, że idę do sypialni poczytać, po czym kładłam głowę na poduszce i zasypiałam myśląc "chociaż 15 minut...". Dzisiaj, wstaje rano i od razu czuję się tak, jakbym wypiła dwie kawy. Przez cały dzień działam na pełnych obrotach, po czym sprzątając dom późnym wieczorem, łapię się na tym, że tańczę! To nie jest normalne, prawda?:)

Wiele osób pyta mnie, co jem, czego nie, jak wygląda mój jadłospis i... ile to jeszcze potrwa. Przejdę więc z Wami do kuchni, zajrzymy razem do moich szafek i lodówki, ale UWAGA, zaznaczam: mój program żywieniowy to amatorski eksperyment. Stworzyłam go i wciąż tworzę dla siebie, w oparciu o informacje dostarczane przez ekspertów - lekarzy, dietetyków i specjalistów, głównie z zakresu medycyny funkcjonalnej i Paleo. Niczego nie narzucam, nie zachęcam, nie sugeruje. Zresztą, to dopiero pierwsza faza moich doświadczeń dietetycznych :)


a. Czego nie jem?
  • Żywności wysoko przetworzonej, czyli żywności przemysłowej, okraszonej szkodliwymi substancjami dodatkowymi: utwardzonymi tłuszczami, sztucznymi zagęszczaczami, stabilizatorami, wzmacniaczami smaku (np. glutaminianem sodu), słodzikami, konserwantami oraz barwnikami. Czytam etykiety - im krótsza lista składu, tym lepiej. 
  • Unikam wszystkiego, co może zawierać pestycydy, antybiotyki lub hormony - to bardzo trudne, bo co dziś nie jest "pryskane", ale kiedy tylko mogę, wybieram produkty rolnictwa ekologicznego i szukam zdrowszego, niekonwencjonalnego mięsa (od miesiąca nie mogę znaleźć niezatrutych kości na magiczny rosół, ech;)). 
  • Glutenu, który podrażnia jelita, wywołuje problemy trawienne, zapalenia, zaostrza procesy autoimmunologiczne i tuczy:). Odrzuciłam wszystko, co zawiera choćby śladowe ilości pszenicy, jęczmienia i żyta. Nie jem owsa, orkiszu ani płaskurki. Kasza manna, jęczmienna, kuskus, musli - wszystko poszło do kosza. Chleb, makaron, płatki - tylko bezglutenowe, a od stycznia będę sobie musiała radzić inaczej. Szukam pieczywa z piekarni, bo to z supermarketów są nafaszerowane chemią i po prostu niesmaczne. Niestety, wciąż nie umiem zjeść śledzia z cebulką bez chleba;). 
  • Cukru, słodzików i syropów. Zakaz obejmuje czekoladę mleczną, fruktozę krystaliczną, aspartam, sacharynę, sorbitol, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop klonowy i ten z agawy. Do słodzenia, jeśli muszę, używam stewii lub ksylitolu. 
  • Nabiału, czyli mleka krowiego i jego przetworów, z małymi wyjątkami, np. masło, kefir oraz (sporadycznie) ser owczy lub kozi. Jeśli już jem, to tylko nabiał ekologiczny i pełnotłusty. 
  • Żywności genetycznie zmodyfikowanej (GMO) - to jeden z powodów odrzucenia przeze mnie soi i jej przetworów (poza tym, że zawiera blokery tarczycy, lektyny i kwas fitynowy, które pogarszają stan jelit itd).
  • Nienasyconych kwasów tłuszczowych, z naciskiem na tłuszcze trans - wyrzuciłam wszystkie niezdrowe oleje roślinne (rzepakowy, sojowy, kukurydziany, słonecznikowy, z pestek winogron) oraz margarynę (Benecol sic!). Ciasteczek, krakersów, chipsów, fast-foodów i zup w proszku chyba wymieniać nie muszę? :)
  • Roślin strączkowych, które - chociaż mają dużo błonnika, białka i minerałów - wywołują duże skoki poziomu cukru we krwi i podrażniają układ trawienny. Wykluczyłam więc wszystkie duże fasole, bób, groch i soję, wyjątek robię dla soczewicy i ciecierzycy, bo w wielu miejscach z dobrą żywnością przyrządzają je świetnie. Zielony groszek i fasolka szparagowa, na szczęście dopuszczalne.
  • Roślin psiankowatych, tj. ziemniaków, bakłażanów, papryki, które zawierają glikoalkaloidy osłabiające układ odpornościowy. Tutaj moją absolutną słabością są pomidory, uwielbiane w każdej postaci. Od stycznia Addio, pomidory :(


b. Co w takim razie jem?

Staram się jeść ekologiczne, lokalne, świeże pokarmy w jak najprostszej, nieprzetworzonej postaci. Ograniczam węglowodany. Zastanawiam się nad wszystkim, co zapakowano w kolorowy, atrakcyjny papierek lub plastik. 
  • Warzywa - powinny wypełniać 2/3 talerza - nie zawsze mi się to udaje, ale staram się. Warzywa mają od 3 do 5 razy więcej błonnika niż ziarna i jem niemal wszystkie, z trzema wyjątkami: kukurydza (drażni jelita, wywołuje stany zapalne, jest wolotwórcza), surowe kapustowate (ugotowany kalafior, kapusta, brokuł lub brukselka podobno są OK) oraz psiankowate (patrz: czego nie jem). Uwielbiam awokado. To owoc, ale dla mnie bardziej warzywo i tłuszcz - mogę jeść codziennie!;)
  • Jajka - najczęściej na śniadanie, co niestety wkrótce się zmieni.
  • Nasiona, pestki, orzechy - to także się zmieni, ale póki co, jem po 2-3  orzechy brazylijskie dziennie (selen? mit?). Uwaga: żadnych orzeszków ziemnych, które tak naprawdę są strączkami, silnymi alergenami i mogą zawierać aflatoksyny.
  • Zboża, kasze, mąki bezglutenowe: amarantus, kasza i mąka gryczana, quinoa (komosa ryżowa), mąka migdałowa, czasem brązowy ryż.
  • Mięso krów (które podobno jadły trawę), drobiu (który podobno chodził po podwórku i zjadał, co popadnie), dzikich zwierząt (bardzo rzadko, bo niestety nie umiem przyrządzić), królików i świń. Przestałam się bać tłuszczu, jem bekon, wątróbkę (do serc, nerek, żołądków i skór jeszcze się nie przekonałam, ale w pasztecie, kto wie...).
  • Owoce morza - najchętniej krewetki.
  • Rosół, rosół, rosół... cały czas przymierzam się do tego z kości, ale mam jakieś wewnętrzne opory przed użyciem zwykłych kości ze zwykłego sklepu i szukam czegoś "zdrowszego". Myślę, że wkrótce się poddam z wołowymi i ugotuje rosół z kości ekologicznego drobiu. To idealne źródło kolagenu i glicyny o działaniu przeciwzapalnym i regenerującym.
  • Tłuszcze - smalec, masło, olej kokosowy - do smażenia; oliwa z oliwek - na zimno i do gotowania; olej z awokado, palmowy i sezamowy - tylko na zimno.
  • Ryby - najchętniej te małe, o niskiej zawartości rtęci i toksyn - szproty, sardynki i śledzie; z większych - łosoś, najlepiej dziki, alaskański.
  • Owoce, ale znacznie mniej niż dotychczas, staram się ograniczyć do 2-3 niewielkich porcji dziennie oraz unikam tych, o wysokim indeksie glikemicznym (ukochane banany i winogrona).
  • Produkty sfermentowane, które są naturalnymi probiotykami, np. kiszonki, kefir.
  • Desery - oczywiście bardzo specyficzne i w małych ilościach, np. gorzka czekolada (najlepiej o min. 70% zawartości kakao), suszone owoce (uważam na ukryty gluten i dwutlenek siarki), wiórki kokosowe (organiczne, bez cukru, pycha!) lub prawdziwy miód. Skromnie, prawda?:) 

(Na zdjęciu miseczka z przekąskami, która towarzyszy mi przy pisaniu tego tekstu;))


2. Ruch


Żeby nie było tak pięknie, zdrowo i sumiennie, na tym polu - kompletna PORAŻKA! :) Podobno chroniczne siedzenie jest tak samo szkodliwe, jak palenie papierosów... W takim razie, od jakiegoś miesiąca, muszę być przepalona na wylot:) Nigdy nie lubiłam ćwiczyć. Zmuszałam się do biegania, siłowni lub zajęć w grupie. Zazwyczaj jednak słomiany zapał mijał, wszystko inne było ważniejsze i... tak niestety jest też dzisiaj. Odkąd zaczęłam prowadzić blog, zapomniałam o karnecie do siłowni, zapomniałam o długich spacerach i płytach Chodakowskiej przy telewizorze;) Siedzę. Idę szybkim krokiem do samochodu. Siedzę. Trochę się powyginam, poprzeciągam, pójdę do łazienki i siedzę. W końcu zmęczona siedzeniem robię kilka przysiadów, wymach nogą podczas gotowania lub potańczę robiąc miny ze szczoteczką do zębów przed lustrem, ale jak by nie patrzeć, przez większość dnia - SIEDZĘ. Podobno nasze ciało zostało stworzone do ruchu i wysiłku na dość niskim poziomie. Podobno 2-godzinne forsowanie się przy chorobach autoimmunologicznych jest niewskazane. Podobno należy unikać nadmiernego zmęczenia i wypalenia. Tyle tylko, że w siedzeniu też trzeba mieć umiar:) 
Do poprawienia w 2015!

3. Sen, nastrój, emocje


Nastrój doskonały, emocje wyborne! Jakże mogłoby być inaczej?! Dziecko zdrowe, mądre, ja chudnę, czuję się coraz lepiej, ludzie kochają mój blog;), tylko ten sen... No właśnie, energii mam tyle, że nie mogę spać. Od miesiąca, kładę się zbyt późno i wstaje za wcześnie. A przecież nocna regeneracja wpływa na system odpornościowy, równowagę hormonalną, mechanizmy neurologiczne, odnowę tkanek, urodę i zdrowie psychiczne. Brak snu jest dla organizmu dużym obciążeniem i stresem. To temat na wiele postów. Dziś napiszę tylko, że 5 godzin na dobę to zdecydowanie za mało. Nie będę z tym czekać do Nowego Roku - zacznę od dziś! Moje postanowienie: 22... ok, 22.30 muszę być w łóżku. Czego i Wam życzę! :)




sobota, 13 grudnia 2014

Alarm - nasze ciało niszczy własną tarczycę

Zapalenie tarczycy typu Hashimoto to choroba autoimmunologiczna, w której ciało atakuje i niszczy własną tarczycę. Likwiduje ją kawałek po kawałku, jakby była  najgorszym wrogiem. W zdrowym systemie immunologicznym, przeciwciała są armią wykrywającą i zwalczającą zagrożenia, takie jak bakterie, wirusy, grzyby i pasożyty. W przypadku Hashimoto, uszkodzony układ odpornościowy sieje spustoszenie wysyłając przeciwciała przeciwko własnemu gruczołowi, jakby był obcym najeźdźcą.

Chociaż choroba Hashimoto jest uważana za najczęstszą przyczynę niedoczynności tarczycy na świecie, medycyna konwencjonalna wciąż traktuje ją trochę po macoszemu. "Ma Pani Hashimoto, to nic poważnego, niedoczynności jeszcze nie ma", "będziemy sprawdzać hormony, póki co, to tylko Hashimoto, jak tarczyca zacznie niedomagać naprawdę, podamy Panu leki" lub - jeszcze gorzej - "nie, to nie jest choroba tarczycy, hormony są w normie, nie widzę nic niepokojącego". Część z Was może nawet pomyśleć - skoro mój lekarz nigdy nie zdiagnozował Hashimoto, ten post nie jest o mnie... Czyżby?:)

Możecie mieć Hashimoto i nawet o tym nie wiedzieć. Czy byliście u lekarza z objawami typowymi dla niedoczynności tarczycy, takimi jak zmęczenie, tycie, kłopoty z koncentracją, osłabienie mięśni, zaparcia, sucha skóra lub wypadanie włosów? Trochę głupio, prawda?:) Czy po odebraniu mieszczących się w normie wyników badań laboratoryjnych i usłyszeniu od doktora, że z tarczycą wszystko ok, czuliście się zignorowani i zagubieni, bo symptomy były i wcale nie ustępowały? Czy mieliście badane przeciwciała?
Często mijają lata zanim Hashimoto doprowadzi tarczycę do niedoczynności. W tym czasie, może się pojawić coraz więcej dokuczliwych objawów, chociaż hormony wciąż będą mieścić się w normie. 
Większość lekarzy rozpoznaje niedoczynność tarczycy na podstawie wyniku badania TSH, hormonu stymulującego tarczycę. Niestety, w przypadku choroby Hashimoto, TSH może być "normalne" i lekarze nie dostrzegą nic niepokojącego, mimo iż ciało powoli i skrycie będzie niszczyło gruczoł tarczowy. 
Kłopot polega na tym, że wciąż wielu z nich nie widzi potrzeby badania poziomu przeciwciał przeciwko tarczycy. TSH rządzi, pozostawiając na całym świecie miliony - niezdiagnozowanych i nie wiedzących, co dalej - pacjentów z zapaleniem typu Hashimoto. 

Bądźcie swoimi obrońcami i nalegajcie na wykonanie badań określających poziom dwóch typów przeciwciał:

- a-TPO (przeciwciała przeciwko peroksydazie tarczycowej),
- a-TG (przeciwciała przeciwko tyreoglobulinie).

Pamiętajcie jednak, że jesteśmy czymś więcej niż cyferkami. U większości chorych na Hashimoto wyjdą przeciwciała podwyższone, ALE są pacjenci, którzy odbiorą wynik negatywny, ponieważ ich system immunologiczny może być już tak osłabiony i napięty, że nie wytwarza odpowiedniej ilości przeciwciał. 


Kolejnym ważnym problemem jest to, że często - nawet kiedy objawy utrudniają chorym normalne funkcjonowanie - lekarze nie chcą leczyć "samego" Hashimoto, bo nie ma przeciwciał i poziom TSH mieści się w normie. Podobnie jest, gdy przeciwciała już są podwyższone, ale tarczyca jeszcze na tyle sprawna, że pracuje w miarę normalnie. 

A przecież możliwe, że hormony tarczycowe we krwi są w normie, a mimo to nie dostają się do komórek ciała i nie oddziałują na nie w odpowiedni sposób - badania laboratoryjne nie pokazują poważnych odchyleń, a pacjent, mimo to, ma symptomy niedoczynności tarczycy. Jest naprawdę bardzo wielu chorych, którzy cierpią mając "dobre" wyniki. 

Wiem, że piszę już o tym kolejny raz, ale pamiętajmy, że samo TSH nie odzwierciedla zdrowia tarczycy. 

Minimum, które powinniśmy zbadać to: TSH, FT3, FT4, a-TPO, a-TG (+ rT3, które w Polsce jest niemal niedostępne).

To temat wciąż kontrowersyjny i wielu endokrynologów nie zajmuje konkretnego stanowiska w sprawie, ale nowe badania pokazują, że choroba Hashimoto może być spowolniona lub nawet całkowicie zatrzymana (?!), zanim dojdzie do uszkodzenia tarczycy i niedoczynności.


Co, jeśli bierzecie już leki regulujące poziomy hormonów tarczycowych, a mimo to nie odczuwacie poprawy samopoczucia i nie opuszczają Was charakterystyczne dla niedoczynności objawy? Lekarze podnoszą dawkę leku, czujecie się przez chwilę lepiej, a później dolegliwości znowu wracają. Dlaczego czujecie się chorzy, chociaż wyniki Waszych badań mieszczą się w normach laboratoryjnych? A może macie ciągłe wahania góra-dół z naprzemiennymi objawami nad- i niedoczynności? Lekarz wyłapuje moment, kiedy TSH jest na dole i zmniejsza dawkę leku, a za chwilę wszystko się zmienia i po raz kolejny rozjeżdża. Dlaczego tak trudno zorientować się, jaka jest przyczyna Waszego zmęczenia, tycia, spowolnienia myślenia i innych okropnych symptomów?


Po pierwsze, wielu lekarzy nie wie, że możecie mieć Hashimoto. Po drugie, ci którzy już to wiedzą, mogą nie wiedzieć, jak Wam pomóc i po prostu dobierają leki w oparciu o wynik TSH. Po trzecie, wszyscy jakby zapominają, że choroba Hashimoto to coś więcej niż zaburzenia w pracy tarczycy - to CHOROBA AUTOIMMUNOLOGICZNA.

Niestety, w przypadku schorzeń układu odpornościowego, medycyna konwencjonalna nadal zawodzi. To dlatego niektórzy lekarze nie badają przeciwciał, wiedząc, że ich poziom nie wpłynie specjalnie na dobór metody leczenia - tak czy inaczej, kiedy dojdzie do niedoczynności, jedynym rozwiązaniem będzie podanie leku wyrównującego poziomy hormonów.
Jest to o tyle przygnębiające, że jeśli masz już jedną chorobę autoimmunologiczną, jesteś w grupie wysokiego ryzyka zachorowalności na inne, często znacznie groźniejsze schorzenia. Jeżeli nie wyciszymy ataku systemu immunologicznego na tarczycę, bardzo prawdopodobne, że za chwilę uderzy on w inną część naszego ciała wywołując: cukrzycę typu 1, stwardnienie rozsiane, celiakię, chorobę Addisona, chorobę Cushinga, łysienie plackowate, zespół Sjörgrena, zespół chronicznego zmęczenia, pokrzywkę, fibromialgię, reumatoidalne zapalenie stawów, niedokrwistość złośliwą, toczeń rumieniowaty, łuszczycę lub inną chorobę z autoagresji.

Każdy z nas dziedziczy pewne geny predysponujące system immunologiczny do niewłaściwych reakcji. W ciągu całego życia spotykamy się z wieloma ewentualnymi "wyzwalaczami", które mogą uruchomić błędną reakcję odpornościową. Kiedy tak się stanie, organizm zaczyna produkować przeciwciała przeciwko własnym tkankom, w przypadku Hashimoto - przeciwko tarczycy. Jeśli nie odkryjemy i nie zminimalizujemy wpływu tych czynników drażniących, autoagresja będzie się rozszerzała. Dlatego tak ważne jest określenie, co w naszym przypadku mogło uruchomić proces odpornościowy, co ponosi odpowiedzialność za nasz stan. Nietolerancje pokarmowe, wrażliwość na gluten, nabiał, nieszczelność jelita, zmęczenie nadnerczy, stres, infekcja wirusowa, pasożyty, Candida, pleśń, przewlekłe zapalenie, wahania poziomu cukru we krwi, zaburzenia hormonalne, niedobory selenu, witaminy D czy zatrucie ciężkimi metalami?


I o tym właśnie jest mój blog:)

czwartek, 11 grudnia 2014

Pięć pierwszych zmian w stronę zdrowszej diety

W życiu większości z nas przychodzi moment, w którym dochodzimy do wniosku, że powinniśmy w końcu zadbać o własne zdrowie. Powody mogą być różne, od chęci zgubienia kilku kilogramów, przez złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie, niepokojące wyniki podstawowych badań krwi, po budzącą lęk diagnozę lekarską. 
Często czujemy, że nadszedł czas na zmiany. Wiemy, że jeśli chcemy i możemy sobie pomóc, nie warto zwlekać. Wtedy zaczynają się wątpliwości. Od czego zacząć? Co jeść? Czego unikać? Czy uniwersalny jadłospis z gazetki to dobry pomysł? A może odwiedzić dietetyka? Internet, literatura? OK, świetnie, że w ogóle są, tyle tylko, że co obóz - to inne zdanie, co forum - to kłótnia, co dietetyk - inne zalecenia... 

Uważam, że człowiek, który czuje się dobrze, akceptuje swój wygląd i nie ma potrzeby działania w celu usprawnienia czegokolwiek - nie musi  eksperymentować. Wystarczą mu podstawowe wiadomości dotyczące zaleceń żywieniowych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz zachowanie umiaru i zdrowego rozsądku. 

Jeśli jednak, mimo przestrzegania zasad tzw. "zdrowego odżywiania" (cokolwiek się pod tym terminem kryje), dbałości o sylwetkę, mimo przyjmowania leków zlecanych przez lekarzy, nie odczuwamy poprawy, nie chudniemy, nasze uciążliwe objawy nie ustępują lub co gorsza choroba postępuje - warto rozejrzeć się wokół, zatroszczyć o siebie, poszukać alternatywnych dróg i rozwiązań. Nie namawiam do korzystania z porad szarlatanów, wróżek, autorów jednosezonowych diet, sąsiadek lub blogerek;). Zachęcam do zerwania z ignorancją, do pogłębiania wiedzy, do otworzenia oczu i wsłuchiwania się w swoje ciało. To z całą pewnością proces długotrwały i czasochłonny, ale jeśli chcecie coś zmienić, jeśli czujecie się zaniedbani, macie dosyć lekarzy, którzy wypisując kolejną receptę, mówią "dieta? tak, wiem, słyszałem - proszę mniej jeść, to wystarczy" - zacznijcie! Ostrożnie, rozsądnie, małymi kroczkami, wykorzystując wiedzę i doświadczenie naukowców, praktyków oraz innych chorych. Zacznijcie!

Jesteście zdecydowani? Oto pięć zmian, które mogą być początkiem Waszego zdrowszego i bardziej świadomego podejścia do odżywiania. 


1. Starajcie się jeść zdrowe (wolne od hormonów i antybiotyków) mięso oraz jajka.

Wolne, czyli czyste, niezanieczyszczone mięso i jajka pochodzące od zwierząt, które jadły to, co wybrałyby w naturze, hodowanych bez antybiotyków i hormonów wzrostu. Wiem, że znalezienie "zdrowego" mięsa to wciąż duży problem i jeszcze większy wydatek (od miesiąca szukam kości, na których mogłabym ugotować rosół:)), ale nie poddawajcie się. W wielu sklepach można już kupić ekologiczny drób, wieprzowinę lub wołowinę z krów skubiących trawę i "zabitych bezstresowo" (brrr...). Jajka - najlepiej te z oznaczeniem 0-PL (od kur z chowu ekologicznego, gdzie nioski żyją, jak na przysłowiowym babcinym podwórku, mają stały dostęp do wybiegu na świeżym powietrzu i żywione są paszą ekologiczną) lub 1-PL (od kur przebywających całe dnie w naturalnych warunkach, śpiących na grzędach i znoszących jaja w gniazdach - podobno:)).


2. Zacznijcie używać w kuchni oleju kokosowego i masła.

Wiele osób wciąż używa do smażenia olejów roślinnych, myśląc, że olej kokosowy i masło są niezdrowe. Tymczasem to, obok smalcu, najlepsze i najzdrowsze tłuszcze do gotowania ze względu na swoją stabilność w wysokich temperaturach. Zarówno olej kokosowy, jak i masło zmniejszają odpowiedź stresową oraz przyspieszają metabolizm organizmu. Olej kokosowy znajdziecie dziś w każdym supermarkecie. Zachęcam do odkrywania swoich ulubionych sklepów na nowo - przejdźcie się spokojnie alejkami, a dostrzeżecie produkty, obok których zwykle przechodziliście obojętnie:)


3. Ograniczcie gluten.


Ziarna zawierające gluten nie są już takie same, jak kilkadziesiąt lat temu. Pszenica, którą jedli nasi pradziadkowie i ta dzisiejsza, stworzona w wyniku badań genetycznych, to dwa różne pokarmy. "Współczesna" pszenica sprawia, że tyjemy, wywołuje problemy trawienne, wzdęcia, bóle mięśni, stawów i obniża naszą sprawność intelektualną. Ale nie tylko gluten jest tu winowajcą. W pszenicy znajduje się także super węglowodan - amylopektyna A, która bardzo szybko podnosi poziom cukru we krwi i przyczynia się do otyłości brzusznej, insulinooporności, cukrzycy, zapalenia stawów oraz chorób serca. 

W wielu wcześniejszych postach pisałam o konieczności 100% odrzucenia glutenu, który drażni jelita, wywołuje odpowiedź autoimmunologiczną, tycie i stany zapalne. Jeśli jednak nie jesteście gotowi na całkowitą eliminację, zacznijcie od bojkotu pszenicy. Ci, którzy nie wyobrażają sobie życia bez makaronu pszennego lub bułeczek, powinni wybrać mniejsze zło i zastąpić pszenicę orkiszem (pszenica orkisz), zbożem popularnym w średniowieczu, które jakiś czas temu wróciło do łask. Liczy się pierwszy krok - od czegoś trzeba zacząć:)

4. Unikajcie spożywania organizmów zmodyfikowanych genetycznie (GMO).


Czym jest GMO? To organizm, którego informacja genetyczna została sztucznie zmieniona dzięki zastosowaniu inżynierii genetycznej. Mówiąc najprościej, DNA z jednego organizmu wstrzykuje się w DNA drugiego, tworząc w ten sposób nowy gatunek, nigdy wcześniej nie występujący w naturze. Tak powstają rośliny transgeniczne używane m.in. do produkcji żywności i pasz dla zwierząt. 

Modyfikujemy głównie rzepak, kukurydzę i soję. Dlatego za wszelką cenę należy unikać oleju rzepakowego, który jeszcze niedawno był promowany, jako jeden z najzdrowszych. Jeśli nie masz pewności/wyraźnej adnotacji na produkcie, że rzepak, kukurydza lub soja są organiczne - bezspornie zostały zmodyfikowane genetycznie. 
Produkty zawierające GMO mają silny związek z nieszczelnoscią jelit, zespołem jelita drażliwego, wieloma nietolerancjami pokarmowymi, wzdęciami, zaparciami, chorobami tarczycy, zmęczeniem nadnerczy, fibromialgią, artretyzmem i bezpłodnością. Nie pijmy więc mleka sojowego, nie jedzmy tofu, unikajmy oleju rzepakowego, oleju sojowego i kukurydzianego. 

5. Eko czy nie eko?


Wielu ludzi uważa, że nie stać ich na żywność organiczną, która jest zbyt droga. Rzeczywiście produkty ekologiczne są droższymi wersjami tych tradycyjnych, ale jest pewne wyjście - dokonywanie wyboru:) Otóż, są pokarmy, które zdecydowanie powinny być kupowane w wersji "eko", są też takie, które można bez uszczerbku na zdrowiu kupować w tańszej, łatwiej dostępnej postaci.

Przykładowo, warzywa i owoce możemy podzielić na:
- te, które są silniejsze, mają większą odporność na warunki środowiskowe, grubszą zewnętrzną warstwę, dzięki czemu nie wymagają ochrony dużą ilością pestycydów - czyli takie, których nie musimy kupować w wersji ekologicznej, np.  cebula, awokado, ananas, zielony groszek, mango, szparagi, kiwi, melon, arbuz, grejpfrut, słodki ziemniak,
- i te, które są delikatniejsze, wrażliwsze, przez co są chronione większą ilością środków chemicznych i powinny być, w miarę możliwości, wybierane w zdrowszej wersji, np. seler, kukurydza (jeśli nie jest opisana jako organiczna, na 100% jest GMO), brzoskwinie, truskawki, borówki, nektarynki, szpinak, jarmuż, czereśnie, winogrona, sałata.



Pięć łatwych zmian. Pomyślcie o nich, kiedy następnym razem pójdziecie na zakupy. Może dzięki nim w Waszym koszu znajdzie się ekologiczny kurczak, słoiczek oleju kokosowego i zwykłe, nieorganiczne awokado? :)







wtorek, 9 grudnia 2014

TSH to zdecydowanie za mało, czyli jakie badania zrobić, gdy tarczyca nie pracuje tak, jak powinna

TSH (ang. Thyroid Stimulating Hormone) - to hormon tyreotropowy (tyreotropina) wydzielany przez naszą przysadkę mózgową, który reguluje pracę tarczycy. Chcąc pobudzić zbyt ospałą tarczycę przysadka produkuje więcej TSH, kiedy zaś tarczyca jest zbyt aktywna, stężenie TSH spada, by ją wyciszyć.

Często uważa się, że oznaczenie poziomu TSH we krwi jest najważniejszym i wystarczającym etapem diagnostycznym przy wszelkich dysfunkcjach tarczycy. 

Przyjęło się, że jeśli wynik TSH jest powyżej podawanej normy - mamy do czynienia z niedoczynnością, gdy jest poniżej granicy normy - z nadczynnością. 
Co jednak z pacjentami, którzy mimo iż ich poziom hormonu TSH mieści się w przedziale określonym cyferkami w nawiasie, czują się źle i mają coraz więcej niepokojących/utrudniających codzienne funkcjonowanie objawów?

Coraz większe grono badaczy i lekarzy sugeruje, że samo określenie poziomu TSH nie jest wystarczającą miarą pracy tarczycy i w wielu wypadkach może być zawodne lub mylące. Dzieje się tak dlatego, że TSH nie jest wskaźnikiem niedoczynności komórkowej, ale bardziej wskaźnikiem tego, jak tarczyca reaguje na sygnały z przysadki mózgowej i vice-versa. W rzeczywistości wynik TSH nie mówi lekarzowi nic o ilości hormonów tarczycy, które są tak naprawdę dostępne dla komórek. 

Więcej informacji na ten temat dostarczają badania FT3 (wolnej trijodotyroniny) i FT4 (wolnej tyroksyny)
Naukowcy coraz dokładniej przyglądają się tzw. osi podwzgórze-przysadka-tarczyca (HPT z ang. hypothalamic-pituitary-thyroid) i wpływowi hormonów tarczycy na tkanki. 
Te obserwacje wciąż otwierają oczy wielu lekarzom i udowadniają, że samo badanie poziomu TSH to zdecydowanie za mało, by zdiagnozować chorobę tarczycy. 


Kompleksowe badania tarczycy


Na podstawie badań i raportów klinicznych wielu lekarzy, powstał zbiór zasad dobrych praktyk, który określa postępowanie diagnostyczne w przypadku chorób tarczycy. 

Zgodnie z nim, rozpoznanie jakiegokolwiek schorzenia tarczycy powinno być poprzedzone:


  • stworzeniem szczegółowej listy objawów,
  • wywiadem rodzinnym w kierunku chorób tarczycy,
  • badaniem fizykalnym (oglądanie szyi, także przy przełykaniu, badanie palpacyjne - ocena wielkości, kształtu i struktury wola, wyczucie guzków, osłuchanie).

Badania laboratoryjne


To kolejny krok w stronę dobrze postawionej diagnozy, ale także niezbędny element weryfikujący proces leczenia i późniejszy stan chorego.

Każdy pacjent z objawami wskazującymi na chorobę tarczycy, włącznie ze zmianami dotyczącymi nastroju, powinien mieć wykonane następujące badania krwi*:
  • TSH, które określa ilość tyreotropiny - hormonu, wytwarzanego przez przysadkę mózgową, stymulującego pracę tarczycy. Norma laboratoryjna podawana na wydrukach z wynikami (najczęściej przedział 0.4-4.5 mU/l) jest bardzo względna. Optymalny poziom jest bliższy 1.0 i każdy wynik powyżej 2.0 powinien stanowić podstawę do ewentualnej diagnozy niedoczynności tarczycy. Podobnie, jak każdy wynik poniżej 1.0 powinien być rozpatrzony pod kątem ewentualnej nadczynności. Należy pamiętać, że leki zawierające T3 (wciąż niezbyt popularne w Polsce) mogą tłumić TSH nawet do wartości poniżej normy laboratoryjnej.
  • FT3 - określające poziom wolnej, niezwiązanej z białkami trijodotyroniny (T3). Optymalne stężenie FT3 powinno być zbliżone do środkowo-górnej granicy normy. Wyniki na dole normy mogą świadczyć o niedoczynności, poziom podwyższony o nadczynności.
  • FT4 - określające poziom wolnej tyroksyny (T4). Optymalne wartości - blisko środka normy lub lekko powyżej. Wyniki mieszczące się w dole normy mogą świadczyć o niedoczynności, a podwyższone - nadczynności.
  • rT3 - odwrócone T3, odwrotna trójjodotyronina, nieaktywna forma, zwana antyhormonem tarczycy. rT3 działa przeciwstawnie do T3 - dzięki takiej samej strukturze molekularnej wiąże się z receptorem dla T3, ale jest hormonalnie nieczynna. Niestety badanie rT3 jest możliwe w Polsce jedynie po zakupieniu testu w sklepie online i wysłaniu próbki do laboratorium w Niemczech. AKTUALIZACJA: badanie do wykonania w laboratorium Diagnostyka.
  • przeciwciała przeciwtarczycowe - to badania pozwalające określić, czy pacjent ma autoimmunologiczną chorobę tarczycy. Przeciwciała mogą być znacznie podwyższone mimo "normalnego" TSH, dlatego zdecydowanie należy zbadać ich poziom przy ustalaniu wstępnej diagnozy (później średnio raz do roku, by ocenić stan autoimmunologiczny). Chciałabym tu wyraźnie podkreślić, że pacjenci z autoimmunologiczną chorobą tarczycy mogą mieć też bardzo niskie miano przeciwciał. Przeciwciała przeciwtarczycowe: 
- a-TPO (anty-TPO) - badanie określające poziom przeciwciał przeciwko peroksydazie tarczycowej (tyreoperoksydazie), które pomaga stwierdzić, czy pacjent ma zapalenie tarczycy typu Hashimoto (zazwyczaj znaczne zwiększenie poziomu tych przeciwciał).
- aTG (anty-TG) - badające ilość przeciwciał przeciwko tyreoglobulinie. Miano anty-TG bywa zwiększone u ok. 20% osób, u których występuje jakakolwiek choroba tarczycy, często w zaburzeniach wywołanych niedoborem jodu lub stanami zapalnymi.
- TRAb* (TSHR-Ab/anty-TSHR) - badanie określajace ilość przeciwciał przeciwko receptorowi TSH, których zwiększone miano stwierdza się w przypadku choroby Gravesa i Basedowa, raczej niepotrzebne przy objawach niedoczynności i Hashimoto.

*wymieniam badania przydatne w sytuacji, gdy diagnoza nie została jeszcze postawiona, zdaje sobie sprawę, że nie zawsze jest możliwe wykonanie aż takiej ilości testów (cena, dostępność), ale pamiętajmy, że pełen panel tarczycowy pomaga lepiej ocenić ogólny stan tarczycy, co jest bardzo istotne, zwłaszcza na początku drogi.

Badanie ultrasonograficzne tarczycy (USG)


USG powinno zostać zlecone, gdy badanie lekarskie lub wyniki laboratoryjne sugerują, że tarczyca jest powiększona, nie pracuje prawidłowo, ma zgrubienia lub pojawił się w jej okolicy ból. Ultrasonograf pozwala określić, jakiej wielkości jest sama tarczyca, jaki jest jej miąższ, czy pojawiły się w niej ogniska zapalne (tzw. guzki), które trudno było wyczuć w badaniu palpacyjnym oraz jaką te ogniska mają wielkość i strukturę. Kiedy ognisko (niejednorodny miąższ) wyda się "podejrzane" należy zrobić biopsję cienkoigłową, dzięki której będzie można pozyskać materiał ze zmienionego miejsca i poddać go analizie mikroskopowej. W przypadku jakichkolwiek kłopotów lub diagnozy Hahsimoto, uważam, że USG należy profilaktycznie powtarzać raz w roku. Pamiętajmy, że testy na obecność przeciwciał bywają fałszywie negatywne nawet w 40% przypadków Hashimoto - wtedy USG tarczycy jest jedyna drogą, by potwierdzić chorobę. 

Badania dodatkowe  


Uważa się, że choroby tarczycy są często zbieżne z niedoborami witaminowo-mineralnymi, takimi jak niski poziom witaminy B12, witaminy D, żelaza i/lub ferrytyny. Często zdarza się, że niedobory te u pacjentów ze schorzeniami tarczycy mają wpływ na to, jak ich organizmy wykorzystują hormony tarczycowe. 
Wielu lekarzy dostrzega także, że na konwersję T4 w T3 silnie wpływa zaburzona praca nadnerczy. Dlatego ważne jest, by sprawdzić u osób z dysfunkcją tarczycy, także poziom kortyzolu (najlepiej poprzez badanie dobowego rytmu wydzielania tego hormonu). 
Nie należy również zapominać o związku hormonów tarczycowych z hormonami płciowymi, np. niski poziom tych pierwszych może prowadzić do nieprawidłowego wydzielania drugich.

Warto wziąć pod uwagę następujące badania dodatkowe:
  • morfologia krwi z OB, która pomaga w zdiagnozowaniu stanów takich jak anemia, infekcje i inne zaburzenia,
  • poziom glukozy we krwi (jesli podejrzewacie problemy z poziomem cukru/insuliny, powinniście wykonać nie tylko badanie krwi na czczo, ale również specjalne badania zwane krzywą cukrową i krzywą insulinową - testy, w których oznacza się stężenie glukozy i insuliny we krwi na czczo oraz po spożyciu roztworu glukozy, po godzinie i dwóch od obciążenia),
  • elektrolity (sód Na, potas K), czyli diagnostyka równowagi wodno-elektrolitowej lub kwasowo-zasadowej,
  • tzw. próby wątrobowe (ALT, AST, ALP, GTP, BIL), czyli zestaw badań całościowo odzwierciedlających funkcję wątroby i dróg żółciowych, które wpływają na ogólną równowagę chemiczną i metabolizm organizmu,
  • witamina D3 (metabolit 25(OH) - kalcydiolu lub 1,25(OH)2 - kalcytriolu), która odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu systemu immunologicznego, poza tym osoby z Hashimoto często cierpią na polimorfizm receptora witaminy D, co oznacza, że potrzebują więcej witaminy D niż inni ludzie - dlatego kontrolowanie jej poziomu i suplementacja, są tak WAŻNE (badania pokazały, że u pacjentów z niedoborami witaminy D bardzo często występuje podwyższony poziom przeciwciał przeciwko tarczycy),
  • witamina B12 - istnieje silny związek między chorobami autoimmunologicznymi tarczycy i niedoborem witaminy B12 (około 40% pacjentów z niedoczynnością tarczycy ma zbyt niski poziom B12), ponadto, wiele objawów niedoboru witaminy B12 może się pokrywać z objawami choroby tarczycy, co utrudnia właściwą ocenę i diagnozę (optymalny poziom witaminy B12 powinien oscylować wokół górnej granicy normy),
  • żelazo, które wchodzi między innymi w skład hemoglobiny i ferrytyny, pełni ważną rolę w syntezie hormonów tarczycy, pacjenci z autoimmunologicznymi chorobami tarczycy bardzo często mają niedobór żelaza,
  • wapń, warto sprawdzić, ponieważ jedną z konsekwencji niedoczynności tarczycy jest zaburzony metabolizm wapnia,
  • ferrytyna, która pełni funkcję magazynu żelaza w organizmie, jej stężenie odzwierciedla zapasy żelaza w ustroju, jest najlepszym parametrem oceny niedoborów żelaza (przyjmuje się, że pacjenci z ciągłym, niewyjaśnionym zmęczeniem, u których poziom ferrytyny spadł poniżej 50ug/ml powinni przyjmować żelazo),
  • selen, to mikroelement, który chroni przed toksycznością jodu, obniża poziom przeciwciał i jest niezbędny dla konwersji T4 w T3,
  • kortyzol, zaburzenia nadnerczy często towarzyszą problemom tarczycowym (kiedy poziom kortyzolu nie jest optymalny, hormony tarczycy mogą nie być w odpowiedni sposób przekształcane/konwertowane) -  obecnie za najbardziej wiarygodne badanie poziomu kortyzolu/DHEA uważa się badanie próbek śliny zebranych w ciągu doby (min. 4 próbki), niestety wciąż trudne do wykonania w Polsce,
  • hormony płciowe - jako że wszystkie hormony w naszym ciele są ze sobą powiązane, działają jako zespół i zaburzona produkcja któregokolwiek z nich wpływa na inne, warto oznaczyć także poziom testosteronu, progesteronu, estrogenów (związek z PCOS, niskim libido, niepłodnością czy endometriozą).


Podsumowanie

Wiem, ze jest tego dużo. Wiem, że jeśli nie uda się Wam zdobyć skierowania na badania bezpłatne, będziecie musieli wydać majątek. Walczcie, żądajcie swoich praw, nie przyjmujcie odmowy, szukajcie lekarzy, którzy nie zbagatelizują Waszych objawów, nie wypiszą recepty na podstawię samego TSH i nie odeślą do psychiatry.
Wypisałam wszystko, co przyszło mi do głowy. Zaznaczam, że nie ma konieczności robienia całej listy. 

Jeśli jeszcze nie wiecie, co Wam dolega, ale objawy wskazują na tarczycę, POWINNIŚCIE zrobić minimum, czyli: badania ogólne krwi, słynna "trójkę tarczycową" (TSH, FT3, FT4), przeciwciała tarczycowe  - anty-TPO i anty-TG, wapń, witaminy D3 (25(OH)D3) i B12 oraz ferrytynę. 
Na początek powinno wystarczyć. Później będziecie już ekspertami;)

niedziela, 7 grudnia 2014

Kochaj swoje jelita

Czy dokuczają Ci sezonowe alergie, przyrost wagi, refluks, zawirowania hormonalne, zaburzenia nastroju lub choroba autoimmunologiczna? Jeśli odpowiedź brzmi "tak", możesz mieć tzw. nieszczelne jelito (zespół nieszczelnego/dziurawego/cieknącego jelita). 

Prawidłowo zbudowane, zdrowe jelito przepuszcza niektóre substancje, takie jak trójglicerydy ze strawionych tłuszczów, cukry ze strawionych węglowodanów, aminokwasy oraz dwu- i tripeptydy ze strawionych białek. 

Nieszczelne jelito to jelito chore, uszkodzone, przepuszczające do krwiobiegu wiele niepożądanych i szkodliwych substancji, które w ogóle nie powinny się tam znaleźć: groźne mikroorganizmy (bakterie, grzyby), toksyny, pasożyty, jak również nieprzetrawione białka, tłuszcze, metale ciężkie i inne "odpady", zupełnie już organizmowi niepotrzebne.

Około 1/4 z nas cierpi z powodu dolegliwości trawiennych takich jak: zgaga, wzdęcia, gazy, biegunki, zaparcia czy nudności. Medycyna funkcjonalna, w którą z każdym dniem coraz bardziej wierzę, utrzymuje, że chociaż objawy te dotyczą bezpośrednio jelit, mają charakter ogólnoustrojowy i wpływają na cały organizm człowieka. 

Jelita to podstawa naszego zdrowia. Dlatego jeśli chcemy mieć zdrowe ciało, zadbajmy przede wszystkim o nie.




Prawidłowo funkcjonujący system trawienny jest kluczem do dobrego samopoczucia każdego z nas. Powinniśmy mieć świadomość, że 60-80% komórek naszego układu immunologicznego znajduje się właśnie w błonach śluzowych jelit. Co więcej, powstaje w nich około 90% neuroprzekaźników (związków chemicznych odpowiedzialnych między innymi za nasz nastrój, np. serotonina). Zaburzenia w pracy jelit mogą więc wywoływać znacznie więcej niż ból brzucha, gazy czy biegunka - mogą być pierwotną przyczyna wielu chronicznych problemów zdrowotnych. Brak równowagi w mikrobiomie jelitowym oraz zespół nieszczelnego jelita są silnie związane z rozchwianiem hormonalnym, chorobami autoimmunologicznymi, takimi jak reumatoidalne zapalenie stawów (RZS) i choroba Hashimoto, cukrzycą, chronicznym zmęczeniem, fibromialgią, lękami, depresją, egzemą, trądzikiem różowatym i wieloma innymi schorzeniami.


Podstawą uzdrawiania jelit w medycynie funkcjonalnej jest metoda zwana Programem 4R (z ang.: Remove, Replace, Reinoculate, Repair). 


1. Remove - USUŃ

Usuń to, co złe. Twoim celem powinno być wyeliminowanie wszystkiego, co negatywnie wpływa na środowisko układu pokarmowego. Na tym etapie:
  • pozbywamy się pokarmów, które wywołują stany zapalne i uwrażliwiają jelita, takich jak nabiał, kukurydza, soja, jajka, cukier i wszystko, co zawiera gluten (pomocne: dieta eliminacyjna i testy na nietolerancje pokarmowe),
  • unikamy substancji drażniących - alkoholu, kofeiny i leków,
  • zwalczamy infekcje, których źródłem mogą być pasożyty, drożdże lub bakterie - najlepiej przeprowadzić testy kału i inne badania diagnostyczne, na podstawie których ustala się dalsze postępowanie (leki ziołowe, suplementy przeciwgrzybicze, w skrajnych przypadkach niestety antybiotyki).

2. Replace - PRZYWRÓĆ
Przywróć wszystko, co dobre. Dodaj do swojej diety substancje niezbędne do prawidłowego trawienia i wchłaniania, które mogły zostać przytłumione przez ciągłe diety odchudzające, leki, choroby, stres lub - po prostu - starzenie się. 
To etap, w którym normalizujemy poziomy enzymów trawiennych, kwasu solnego czy żółci. 

3. Reinoculate - UZUPEŁNIJ

Przywróć prawidłową florę bakteryjną swoich jelit, uzupełniając niedobory "dobrych" bakterii. 

Można to osiągnąć poprzez przyjmowanie:

- w pierwszej kolejności  - probiotyków zawierających pożyteczne bakterie, np. z rodzaju Bifidobacterium lub Lactobacillus),
 - później także prebiotyków, czyli takich składników pożywienia, które same w sobie nie zawierają mikroorganizmów, ale "karmią" wartościowe bakterie i stymulują rozwój prawidłowej flory naszych jelit,
- produktów o wysokiej zawartości błonnika rozpuszczalnego w wodzie.

4. Repair - NAPRAW

Jelita mają zdolność samouleczenia pod warunkiem, że dostarczymy im odpowiednich substancji odżywczych. Pomóż im "częstując" suplementami takimi jak: 
- L-glutamina (aminokwas występujący we krwi i mózgu, neuroprzekaźnik inhibitorowy, pomaga odmłodzić błony śluzowe jelita),
- cynk (niezbędny dla prawidłowej pracy całego układu immunologicznego, usunięcia stanów zapalnych czy przywrócenia równowagi hormonalnej),
- omega 3 (m.in. redukuje stany zapalne)
- witaminy A, C, E,
- rośliny lecznicze, np. wiąz czerwony lub aloes.

Bez względu na główny problem zdrowotny, Program 4R powinien być jednym z pierwszych kroków poczynionych przez pacjentów z objawami nieszczelności jelitowej. To proste podejście odwróciło przebieg wielu przewlekłych chorób i stanów zapalnych ludzi na całym świecie. Może warto wziąć je pod uwagę, uwzględniając fakt, że problemy przepuszczalności jelitowej powoli zaczynają przybierać formę epidemii?