poniedziałek, 20 listopada 2017

Pobyć ze sobą


Dzisiaj mija dokładnie pół roku od mojej ostatniej chemii. Z tej okazji chciałam się z Wami podzielić swoim podejściem do codziennego celebrowania chwili, do czerpania przyjemności z tu i teraz, do okazywania wdzięczności za to, że jestem i czuję się dobrze. 

Odkąd zachorowałam, spędzam ze sobą dużo więcej czasu. Z początku to był niejako przymus. Po trudnej diagnozie, na chwilę stają zegary - zostajesz tylko Ty, Twoje myśli, emocje i strach. Większość dotychczasowych problemów przestaje mieć znaczenie. Praca, napięcia w relacjach, problemy z dziećmi, facetem, wyglądem, nawet kredyt we frankach - wszystko schodzi na dalszy plan. I wiecie co? Wtedy trzeba się sobą zając, zaopiekować, przytulić, okryć ciepłym kocem, porozmawiać, pocieszyć, pobyć ze sobą... 

Dlaczego musi dojść do przełomu byśmy zaczęli cenić czas swojego życia? Dlaczego na co dzień tak trudno dostrzec swoją wyjątkowość i niepowtarzalność? Dlaczego w codziennej gonitwie pozwalamy się źle traktować, nie tylko innym, ale też sobie? Dlaczego tkwimy w toksycznych, niszczących relacjach, przebywamy z ludźmi, którzy źle na nas działają? Dlaczego nie szanujemy własnego ciała karmiąc je, czym popadnie? 

Nie czekajmy na specjalne okazje, na wyjątkowe dni w roku. Każdy pretekst jest dobry, by zatroszczyć się o siebie tu i teraz. Sześć miesięcy od ostatniej dawki trucizny? To trzeba uczcić! Wizytą u fryzjera, obiadem z Córką w ulubionej restauracji, czytaniem książki nad filiżanką dobrej herbaty, wieczornym seansem w kinie... 

Wciąż się tego uczę, ale dziś już nie mam watpliwości, że dbałość o siebie to prawdziwa radość i szczęście, że czerpanie przyjemności z życia jest zbieraniem siły na coś nowego, a zdrowe jedzenie to nie kara czy obowiązek, a przejaw troski o własne ciało i przyszłość. 

Zaczynamy weekend, zatrzymajcie się proszę i znajdźcie czas, by zaopiekować się sobą. Nie musicie rzucać wszystkiego i wyjeżdżać w podróż marzeń. Wystarczy godzina, dwie. Nie miejcie wyrzutów sumienia, że dom zaniedbany, a lista zadań i obowiązków długa. Zróbcie sobie małą przyjemność, drobną niespodziankę. Odpocznijcie i ciesząc się chwilą pobądźcie ze sobą...




wtorek, 7 listopada 2017

Wracam!

Drodzy Czytelnicy, 
nie było mnie tu naprawdę długo, ale... działo się:)

Ostatni rok przyniósł wiele zmian w moim życiu. Ci, którzy śledzili na facebook'u stronę Japoński Motyl Hashimoto wiedzą, że we wrześniu ubiegłego roku zdiagnozowano u mnie raka piersi. Nie było lekko, ale nie skarżyłam się, nie narzekałam. Przeciwnie, umniejszałam dolegliwości udając dzielniejszą niż byłam. Jednak prawda jest taka, że przeszłam przez piekło. Na bosaka. I zrobię wszystko, żeby tam nie wrócić. Nie mówię o bólu, wymiotach czy poparzonej skórze. Mówię o emocjach - o strachu, przerażeniu, bezradności, niepewności, zwątpieniu, przygnębieniu i samotności. To był najtrudniejszy kurs przetrwania i choć zaliczyłam go z wyróżnieniem, nigdy nie powiem "jestem zwycięzcą", bo lęk zostanie już ze mną na zawsze. I pokora. I niechęć do tego, co było "przed".

Poważna choroba, z jaką przyszło mi się zmierzyć okazała się nie być ślepą uliczką, a raczej momentem przełomowym. Dziś wiem, że trauma nie musi być pułapką, lecz może otworzyć furtkę do zmienionego świata. Rak ustawił na nowo moje priorytety, wyeliminował arogancję, zachęcił do sięgnięcia po świeże cele i w pewnym sensie zmusił mnie do stworzenia nowej fabuły życia.

Zmieniłam wiele. Mam nowe nazwisko, adres, fryzurę, nowe plany, marzenia, nowy dystans do problemów i samej siebie. Jesteście świadkami kolejnej transformacji. Kilka dni temu minęły trzy miesiące od zakończenia mojego leczenia onkologicznego. Trzy miesiące to niezbyt długo, ale po ciężkiej chorobie czas płynie inaczej. Z każdym dniem coraz lepszego samopoczucia, miałam w sobie coraz większą gotowość na podjęcie przemyślanego ryzyka.

I stało się. Postanowiłam zrezygnować ze swojego dotychczasowego życia zawodowego, które mnie męczyło i niepotrzebnie stresowało. Zrozumiałam, że chcę zajmować się tym, co naprawdę lubię, co sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję, dlatego rozpoczynam dziś własną działalność w zakresie dietoterapii i będę oficjalnie udzielać konsultacji jako Japoński Motyl *.

Wszystkie informacje na ten temat znajdziecie w zakładce 'KONSULTACJE'.
Tym krótkim postem chcę oznajmić, że wracam:)

Zachęcam do zapoznania się z warunkami konsultacji i wspólnej pracy,
Sylwia Michalczewska

*gdybym lata temu, wiedziała, że ta dziwna nazwa przylgnie do mnie aż tak bardzo, pewnie zastanowiłabym się nad czymś bardziej ambitnym;)

niedziela, 20 grudnia 2015

Wyzdrowienie vs. remisja

Czasem spotykam się z pytaniem "po co to wszystko - dieta, pieniądze wydawane na suplementy, po co mam się tak męczyć, przecież i tak moje Hashimoto i niedoczynność są nieuleczalne?".

Owszem, zgodnie z obecnym stanem wiedzy i zaawansowaniem nauk medycznych, autoagresji nie można wyleczyć. Naszym celem nie powinno być więc całkowite uwolnienie się od choroby, a okiełznanie jej temperamentu, osiągnięcie jak największej poprawy samopoczucia i odzyskanie jak najlepszego stanu zdrowia.


O co w tym wszystkim chodzi i do czego tak naprawdę dążymy?


1. Najważniejszym celem osoby stawiającej czoła chorobie Hashimoto powinno być WYELIMINOWANIE OBJAWÓW - chcemy czuć się dobrze, chcemy spać dobrze, mieć więcej energii w ciągu dnia, nie tyć, nie drżeć z zimna, gdy inni mówią, że jest ciepło, chcemy mieć siłę, dobry nastrój i gęste włosy. Koniec z ciągłym wyczerpaniem, nocnymi potami, anemią, kłopotami z pamięcią, rozdrażnieniem, obrzękami i suchą skórą.


2. Niezmiernie istotnym elementem planu powinno być ODKRYCIE INNYCH PROBLEMATYCZNYCH STREF naszego ciała, które mogą wywoływać lub nasilać symptomy niedoczynności tarczycy. W przypadku Hashimoto to na pewno układ odpornościowy (pamiętajmy, że 3/4 odporności rodzi się w jelitach), ale także nadnercza, cały system trawienny, narządy odpowiedzialne za detoksykację organizmu itd.


3. Gra toczy się również o USTABILIZOWANIE WYNIKÓW NASZYCH BADAŃ laboratoryjnych - nie tylko chcemy czuć się dobrze, ale też zależy nam na tym, żeby pewne wartości nie szalały i mieściły się w przyzwoitych normach.


4. Ostatnim, ale bardzo ważnym punktem docelowym powinno być ZAPOBIEGANIE I POWSTRZYMYWANIE ROZWOJU INNYCH CHORÓB. Badania pokazują, że osoby z jedną chorobą autoimmunologiczną są o wiele bardziej narażone na pojawienie się drugiej i kolejnej autoagresji w przyszłości, dlatego róbmy wszystko, by pomóc sobie w utrzymaniu zdrowia.


Jeśli komuś uda się osiągnąć te cztery cele - otrzyma nagrodę - REMISJĘ CHOROBY. Remisję, czyli stan charakteryzujący się brakiem utrudniających życie objawów, stan, w którym wyniki badań krwi, moczu czy śliny nie wzbudzają żadnego niepokoju, stan, w którym po wejściu do gabinetu endokrynologa pacjent słyszy "ależ Pan/Pani nie ma teraz żadnej niedoczynności, żadnego Hashimoto”;)



NIE TYLKO TARCZYCA

„No dobrze, ale ja tak właśnie się czuję będąc na Euthyroxie, przecież wystarczy łyknąć hormon i człowiek funkcjonuje normalnie”. Oczywiście, znam i takich pacjentów, choć podchodzę do ich entuzjazmu z dystansem.
Przede wszystkim leki, które przepisują nam lekarze… nie leczą. To zwykła suplementacja, uzupełnienie niedoborów, braków będących skutkiem słabej pracy tarczycy. Lewotyroksyna maskuje symptomy, ale w żadnym stopniu nie uzdrawia. Przecież gruczoł tarczowy jest w przypadku Hashimoto jedynie ofiarą, a nie rzeczywistą przyczyną choroby. Dlatego nie można skupiać się na samej tarczycy.

Większość osób z Hashimoto/niedoczynnością zostaje tuż po (zwykle zbyt późnej) diagnozie poinformowana, że będzie brać hormony do końca życia. Rzeczywiście w wielu sytuacjach leki przynoszą natychmiastową poprawę znosząc lub minimalizując część objawów, ale niewielu pacjentów wie, że czasem można osiągnąć ten sam efekt koncentrując się na potencjalnych przyczynach dokuczającej nam choroby. Owszem, są osoby, których to nie dotyczy - chorzy, których tarczyca została operacyjnie usunięta, całkowicie zanikła lub uległa zbyt dużemu zniszczeniu, istotnie muszą przyjmować hormony do końca swych dni, ale uważam, że podawanie syntetycznych leków KAŻDEMU pacjentowi z niedoczynnością, bez podjęcia próby znalezienia i naprawienia fundamentu choroby, nie ma sensu.

Który z lekarzy zadaje sobie trud, by w pierwszym etapie leczenia poszukać źródeł toczącej nas autoagresji? Który skupiając się na samopoczuciu pacjenta idzie jak po nitce do kłębka i stara się pomóc u podstaw? Zapewniam, że tacy specjaliści istnieją, ale to niezmiernie rzadkie okazy;)

Hashimoto to choroba układu immunologicznego. Choroba, którą możemy powstrzymać, obezwładnić, a nawet zawrócić. Jednak same hormony tarczycowe nie wystarczą. Jeśli chcemy mieć się lepiej, czuć, że panujemy nad własnym organizmem i uchronić się przed innymi chorobami autoimmunologicznymi, musimy zadziałać na kilku płaszczyznach. To powinno być postępowanie kompleksowe. Połączenie leków hormonalnych z dietą, uzupełnianiem niedoborów substancji odżywczych, dbałością o dobry sen, odpoczynek, relaks, z odpowiednią dawką ruchu, panowaniem nad stresem itd. - to wszystko daje każdemu z nas szanse na zakneblowanie Japończyka.
Dlatego uważam, że warto się "pomęczyć". Sama to robię i mam efekty. Uwierzcie - to nie jest walka z wiatrakami!

autor: Vladimir Kush (źródło)