niedziela, 20 grudnia 2015

Wyzdrowienie vs. remisja

Czasem spotykam się z pytaniem "po co to wszystko - dieta, pieniądze wydawane na suplementy, po co mam się tak męczyć, przecież i tak moje Hashimoto i niedoczynność są nieuleczalne?".

Owszem, zgodnie z obecnym stanem wiedzy i zaawansowaniem nauk medycznych, autoagresji nie można wyleczyć. Naszym celem nie powinno być więc całkowite uwolnienie się od choroby, a okiełznanie jej temperamentu, osiągnięcie jak największej poprawy samopoczucia i odzyskanie jak najlepszego stanu zdrowia.


O co w tym wszystkim chodzi i do czego tak naprawdę dążymy?


1. Najważniejszym celem osoby stawiającej czoła chorobie Hashimoto powinno być WYELIMINOWANIE OBJAWÓW - chcemy czuć się dobrze, chcemy spać dobrze, mieć więcej energii w ciągu dnia, nie tyć, nie drżeć z zimna, gdy inni mówią, że jest ciepło, chcemy mieć siłę, dobry nastrój i gęste włosy. Koniec z ciągłym wyczerpaniem, nocnymi potami, anemią, kłopotami z pamięcią, rozdrażnieniem, obrzękami i suchą skórą.


2. Niezmiernie istotnym elementem planu powinno być ODKRYCIE INNYCH PROBLEMATYCZNYCH STREF naszego ciała, które mogą wywoływać lub nasilać symptomy niedoczynności tarczycy. W przypadku Hashimoto to na pewno układ odpornościowy (pamiętajmy, że 3/4 odporności rodzi się w jelitach), ale także nadnercza, cały system trawienny, narządy odpowiedzialne za detoksykację organizmu itd.


3. Gra toczy się również o USTABILIZOWANIE WYNIKÓW NASZYCH BADAŃ laboratoryjnych - nie tylko chcemy czuć się dobrze, ale też zależy nam na tym, żeby pewne wartości nie szalały i mieściły się w przyzwoitych normach.


4. Ostatnim, ale bardzo ważnym punktem docelowym powinno być ZAPOBIEGANIE I POWSTRZYMYWANIE ROZWOJU INNYCH CHORÓB. Badania pokazują, że osoby z jedną chorobą autoimmunologiczną są o wiele bardziej narażone na pojawienie się drugiej i kolejnej autoagresji w przyszłości, dlatego róbmy wszystko, by pomóc sobie w utrzymaniu zdrowia.


Jeśli komuś uda się osiągnąć te cztery cele - otrzyma nagrodę - REMISJĘ CHOROBY. Remisję, czyli stan charakteryzujący się brakiem utrudniających życie objawów, stan, w którym wyniki badań krwi, moczu czy śliny nie wzbudzają żadnego niepokoju, stan, w którym po wejściu do gabinetu endokrynologa pacjent słyszy "ależ Pan/Pani nie ma teraz żadnej niedoczynności, żadnego Hashimoto”;)

NIE TYLKO TARCZYCA

„No dobrze, ale ja tak właśnie się czuję będąc na Euthyroxie, przecież wystarczy łyknąć hormon i człowiek funkcjonuje normalnie”. Oczywiście, znam i takich pacjentów, choć podchodzę do ich entuzjazmu z dystansem.
Przede wszystkim leki, które przepisują nam lekarze… nie leczą. To zwykła suplementacja, uzupełnienie niedoborów, braków będących skutkiem słabej pracy tarczycy. Lewotyroksyna maskuje symptomy, ale w żadnym stopniu nie uzdrawia. Przecież gruczoł tarczowy jest w przypadku Hashimoto jedynie ofiarą, a nie rzeczywistą przyczyną choroby. Dlatego nie można skupiać się na samej tarczycy.

Większość osób z Hashimoto/niedoczynnością zostaje tuż po (zwykle zbyt późnej) diagnozie poinformowana, że będzie brać hormony do końca życia. Rzeczywiście w wielu sytuacjach leki przynoszą natychmiastową poprawę znosząc lub minimalizując część objawów, ale niewielu pacjentów wie, że czasem można osiągnąć ten sam efekt koncentrując się na potencjalnych przyczynach dokuczającej nam choroby. Owszem, są osoby, których to nie dotyczy - chorzy, których tarczyca została operacyjnie usunięta, całkowicie zanikła lub uległa zbyt dużemu zniszczeniu, istotnie muszą przyjmować hormony do końca swych dni, ale uważam, że podawanie syntetycznych leków KAŻDEMU pacjentowi z niedoczynnością, bez podjęcia próby znalezienia i naprawienia fundamentu choroby, nie ma sensu.

Który z lekarzy zadaje sobie trud, by w pierwszym etapie leczenia poszukać źródeł toczącej nas autoagresji? Który skupiając się na samopoczuciu pacjenta idzie jak po nitce do kłębka i stara się pomóc u podstaw? Zapewniam, że tacy specjaliści istnieją, ale to niezmiernie rzadkie okazy;)

Hashimoto to choroba układu immunologicznego. Choroba, którą możemy powstrzymać, obezwładnić, a nawet zawrócić. Jednak same hormony tarczycowe nie wystarczą. Jeśli chcemy mieć się lepiej, czuć, że panujemy nad własnym organizmem i uchronić się przed innymi chorobami autoimmunologicznymi, musimy zadziałać na kilku płaszczyznach. To powinno być postępowanie kompleksowe. Połączenie leków hormonalnych z dietą, uzupełnianiem niedoborów substancji odżywczych, dbałością o dobry sen, odpoczynek, relaks, z odpowiednią dawką ruchu, panowaniem nad stresem itd. - to wszystko daje każdemu z nas szanse na zakneblowanie Japończyka.
Dlatego uważam, że warto się "pomęczyć". Sama to robię i mam efekty. Uwierzcie - to nie jest walka z wiatrakami!

autor: Vladimir Kush (źródło)

środa, 14 października 2015

Co z tym Hashimoto?

Często pytacie mnie, co zrobić z "tym Hashimoto", od czego zacząć, czy naprawdę trzeba być na AŻ TAK restrykcyjnej diecie, by poczuć się lepiej, czy musicie całkowicie odrzucić gluten, nabiał, psianki, Waszą kawusię i inne smakołyki, czy istnieje jakaś stała lista zaleceń dla pacjentów z Hashi, jakaś gotowa recepta, której realizacja pozwoli Wam osiągnąć stan remisji?
Moje odpowiedzi na takie pytania brzmią zwykle pozornie wymijająco i z pewnością wielu rozczarowują: lepiej tak, nie wiem, nie istnieje, to zależy...
I rzeczywiście zależy. I to od wielu rzeczy, bo każdy z nas jest inny, każdy ma inne geny, własną historię choroby, inny zestaw objawów, inne wyniki badań, inne problemy, z którymi się mierzy w życiu osobistym i inne czynniki nasilające procesy autoagresji. 

Nie ma jednej, uniwersalnej recepty na obezwładnienie Hashimoto.  

Żaden lekarz, żaden dietetyk, doradca nie zna nas tak dobrze, jak MY SAMI. Nikt nie spędza z nami tak dużo czasu, jak MY SAMI. Pamiętajcie, objawy są jak wołanie organizmu o pomoc. Kto nam pomoże, jeśli nie MY SAMI?

Zastanówcie się nad swoja historią, nad tym, co w przeszłości mogło wpłynąć na Wasz obecny stan (czynniki genetyczne, przebyte choroby, trudne dzieciństwo, kontakt z substancjami drażniącymi, alergie, stresujący styl życia itp.).
Pomyślcie później o tym, jak czujecie się dzisiaj, w jakiej formie jest Wasz układ pokarmowy, hormonalny, nerwowy, ile macie energii, co z Waszą odpornością, emocjami, stanami zapalnymi i dolegliwościami pozornie niezwiązanymi z chorobą autoimmunologiczną.
Wreszcie pochylcie się nad tym, jak żyjecie - jak wygląda Wasz sen, odżywianie, po zjedzeniu czego czujecie się gorzej, czy znajdujecie czas na relaks, jak sobie radzicie ze stresem, czy dbacie o ruch oraz o relacje z bliskimi.



Dobrze to wszystko spisać, bo z tak zebraną bazą danych, będzie Wam łatwiej szukać odpowiednich rozwiązań.
Powtarzam: każdy z nas jest inny, każdy wymaga innego podejścia i planu.
Jeśli chodzi o mnie, to uczę się i uzupełniam swoje "notatki" niemal każdego dnia. Myślę, że dzięki temu jestem dziś w naprawdę dobrej formie. Jedni nazywają to remisją, inni nie (bo wciąż suplementuję hormony), ale mój stan zapalny został przygaszony - czuję się świetnie, mam dużo energii, przeciwciała spadły, a USG tarczycy wygląda znacznie lepiej niż rok temu. 
Postawiłam się chorobie całą sobą. Postanowiłam zrobić wszystko, co mogę, by ją obezwładnić. Lista eksperymentów i zmian, które wprowadziłam do swojego życia jest bardzo długa, ale efekty są zadowalające! Kiedy unormowałam poziomy hormonów tarczycy, wiele rzeczy w moim organizmie zaczęło się poprawiać, jak za dotknięciem magicznej różdżki. Tak było na przykład z kortyzolem. Ostatni wynik badania dobowego rytmu ze śliny okazał się tak zaskakująco dobry, że prosiłam laboratorium o powtórzenie testu. Jakieś 8 miesięcy temu moje nadnercza błagały o litość i wytchnienie, a dzisiaj... "poziom kortyzolu w ciągu dnia mieści się w zakresie referencyjnym". 
Gdybym miała opisać dokładnie, co zrobiłam dla Hashi przez ostatni rok, musiałabym wydać książkę, ale wiem, że nie wymigam się od napisania tu i teraz chociaż kilku zdań:)

• Pierwszym i najważniejszym punktem na mojej liście zadań była naprawa układu trawiennego. 

Zaczęłam od testu ImuPro300, którego wynik był całkowitym zaskoczeniem. Na 267 badanych antygenów pokarmowych wyszła mi nadwrażliwość na zaledwie trzy: lucernę sierpowatą, orzechy brazylijskie i wanilię - wszystko w najmniejszym stopniu. Zamiast się cieszyć, rozczarowana zapytałam samą siebie: tylko tyle?!:)
Mimo doskonałego alibi postanowiłam przeprowadzić eksperyment i wykluczyć z jadłospisu to, co podrażnia, uwrażliwia i nasila moje dolegliwości jelitowo-żołądkowe. Początkowo zrezygnowałam z glutenu, nabiału, cukru, soi i orzeszków ziemnych. Szerokim łukiem omijałam przetworzone produkty w kolorowych, plastikowych opakowaniach z przekreślonym kłosem. 
Nieco później do listy zakazanych produktów dopisałam pozostałe strączki, kukurydzę, ryż, przemysłowe tłuszcze oraz większość roślin psiankowatych (zostawiłam sobie ukochane pomidory). Efekty były rewelacyjne! W ciągu pierwszych trzech miesięcy przeciwciała aTPO spadły z poziomu >1300 do 82. Czułam się znacznie lepiej. Ustąpiły wszystkie dotychczasowe dolegliwości jelitowe - wzdęcia, bóle, bulgotanie i przelewanie w brzuchu. Miałam zdecydowanie więcej energii, zaczęłam czytać ze zrozumieniem, schudłam 4 kilo i uśmiechałam się częściej:) 
Jednak wciąż nie było idealnie... Moją wielką bolączką od zawsze jest trądzik, który mimo tak restrykcyjnych ograniczeń, nie ustąpił. Apetyt na zdrowie rósł, dlatego postanowiłam sięgnąć po broń ciężką i po sześciu miesiącach rozpoczęłam protokół autoimmunologiczny. AIP wprowadził w moje i tak już smutne życie, dodatkowe zakazy: żadnych ziaren/zbóż, koniec z pomidorami, jajkami, orzechami, wieloma przyprawami, czekoladą, KAWĄ, a nawet herbatą... 
Wytrzymałam dwanaście tygodni, podczas których pochłaniałam tony warzyw, sporo mięsa (bardzo ważna ważna jest jego jakość), zdrowe tłuszcze (awokado, oliwa, olej kokosowy, masło, ghee) i owoce (te musiałam ograniczać ze względu na skoki insuliny). 
Żadnych wędzonek i puszek, żadnych konserwantów, słodzików, polepszaczy smaków, barw, aromatów, zero alkoholu i... niepotrzebnych leków (odstawiłam również pasty do zębów z fluorem i wszystkie toksyczne kosmetyki, ale to już temat na inny post). 
Zakwaszałam żołądek, piłam rosół gotowany na kościach, olej z ostropestu, ogórecznika lub wiesiołka, polowałam na zdrowe mięso, zaczęłam jeść więcej podrobów, kiszonek, zmuszałam się do małych rybek w całości (wapń), odkryłam bataty, plantany, topinambur i świeżą kurkumę. 
Nie było lekko:) Co gorsza, nie zauważyłam poprawy cery... Najwyraźniej źródło tego problemu nie zostało jeszcze przeze mnie odkryte, choć trop z całą pewnością mam.
Obecnie jem już niemal normalnie. To "normalnie" oznacza w moim przypadku całkowitą i prawdopodobnie dożywotnią rezygnację z glutenu, mleka krowiego, kukurydzy, soi i szkodliwych tłuszczów. Ograniczeń jest oczywiście więcej, ale nie są one aż tak restrykcyjne. Wróciłam do spożywania jajek, wprowadziłam gorzką czekoladę, miód, raz na jakiś czas pozwalam sobie na dojrzałego pomidora, nie rezygnuje z zupy, w której pływają ziemniaki i z sałatki z dodatkiem komosy ryżowej:) Od kwietnia nie piję kawy i zupełnie za nią nie tęsknię. Skupiam się na tym, by to co jem, było jak najmniej przetworzone i jak najmniej zanieczyszczone. Czasem grzeszę, głównie na słodko, ale szybko biorę się w garść i wracam na dobrą drogę. Staram się jeść czysto, naturalnie. Warzywa i owoce kupuję na bazarze, mięso, jaja w sklepach ekologicznych i od zaprzyjaźnionego rolnika. Zapomniałam o tradycyjnym podziale na śniadanie, obiad i kolację. Rano zjadam trochę białka (mięso, ryba z poprzedniego dnia) i warzywa. Obsesyjnie czytam etykiety i uzupełniam niedobory substancji odżywczych. 

• Sporo uwagi poświęciłam swojej wątrobie - odstawiłam wszystkie nadużywane przez lata leki, a wierzcie mi było tego sporo. Stosuję ostropest plamisty (najczęściej olej lub preparaty z sylimaryną). Wciąż nie jest idealnie, ale detoks trwa.

• Każdego dnia łykam garść suplementów. Od pięciu miesięcy przyjmuję naturalny ekstrakt ze świńskiej tarczycy. Podciągnęłam poziom witaminy D3 z 27 do 59 ng/ml, ferrytyny z 48 do 68 ng/ml i wciąż się wspinam:) Zakwaszam żołądek, wspomagam kulawą metylację, biorę adaptogeny i Naltrexon w niskich dawkach...

• Niezmiernie ważnym wyzwaniem była dla mnie praca nad lepszym, bardziej wartościowym snem. Udało się. Ja, która od piętnastu lat cierpiałam z powodu bezsenności, zasypiam dziś bez problemu i śpię zwykle 7-8 godzin (owszem wybudzam się, jak dawniej, ale już po minucie, dwóch znowu wracam w krainę marzeń;)). To mój wielki sukces!

• Wciąż studiuję panowanie nad stresem. Jak go unikać, jak zmniejszać, jak nie generować chronicznego napięcia, jak radzić sobie w sytuacjach niepotrzebnie podnoszących poziomy hormonów "walcz-lub-uciekaj"? Przyznaję, że na tym polu, mam jeszcze sporo do zrobienia;)

• Moją pietą achillesową jest aktywność fizyczna, za którą nigdy nie przepadałam oraz... spędzanie zbyt wielu godzin przed ekranem komputera. Wiem, że MUSZĘ to zmienić, tylko jeszcze nie mam pomysłu jak. Może biurko z bieżnią?;)



Wymieniłam zaledwie kilka punktów swojego programu naprawczego. Efekty? Dzisiaj moje przeciwciała mieszczą się w normie laboratoryjnej, tarczyca jest mniej przekrwiona, ba! większa niż rok temu (błąd pomiaru?:)), czuję się bardzo dobrze, sypiam spokojnie, nie mam potrzeby drzemki w ciągu dnia, poprawiła mi się pamięć, koncentracja i parametry krwi. Wydaje się, że znalazłam SWÓJ sposób na SWOJE Hashi. 
Czy to znaczy, że sprawdzi się on u każdego z Was? Wątpię. Oczywiście pewne zalecenia są uniwersalne i pomogą wielu osobom, ale w przypadku autoagresji nie można liczyć na sukces bez umiejętności wsłuchiwania się we własne ciało. Każdy, kto oczekuje poprawy, powinien popracować nad własną strategią. Każdy ma inną florę bakteryjną, inne problemy trawienne i nietolerancje pokarmowe. Każdy wymaga indywidualnego podejścia dietetycznego i każdy powinien mieć swój własny program stawiania oporu chorobie. A ponieważ medycyna konwencjonalna jest jak dotąd bezradna w leczeniu chorób autoimmunologicznych, każdy z nas powinien szukać swojej drogi ku lepszemu samopoczuciu i poprawie jakości własnego życia. Dlatego uważam, że najważniejsze, co możemy dziś dla siebie zrobić, to rozwijać swoją "wewnętrzną mądrość", zbierać informacje, obserwować się i trafnie wyciągać wnioski z sygnałów, które wysyła nasze ciało. 
Protokół autoimmunologiczny to tylko jedna z możliwych dróg. Tak naprawdę istnieje kilka diet, które przynoszą świetne efekty w przypadku zapalenia tarczycy typu Hashimoto. W zależności od sytuacji bardzo dobrze sprawdzają się: dieta bezglutenowa (po prostu - u wielu pacjentów, by osiągnąć satysfakcjonującą poprawę wystarczy odstawić sam gluten), dieta eliminacyjna dostosowana do konkretnych nietolerancji, diety SCD, GAPS, paleo, dieta fundacji Weston A. Price, Body Ecology (Ekologia ciała Donny Gates) czy też wspomniany wcześniej protokół autoimmunologiczny - AIP.
Jak widać, jest z czego wybierać, ale musimy pamiętać, że każda z tych diet wymaga dostosowania do naszej sytuacji, oczekiwań, możliwości i stanu. Żadna z nich nie jest też propozycją ostateczną, czyli dietą, na której musimy być do końca życia. Jeśli wszystko potoczy się tak, jak powinno, jeśli będziemy realizować plan, czuć się coraz lepiej, jeśli zwalczymy różne infekcje (pasożyty, grzyby, wirusy), uporządkujemy mikrobiotę, uszczelnimy jelita i choroba zacznie odpuszczać - powinniśmy modyfikować, rozszerzać oraz urozmaicać nasz jadłospis. 
Zalecane diety to jedynie punkt wyjścia, baza podstawowej wiedzy, z której wyruszymy, by odnaleźć drogę idealną akurat dla nas. Dlatego nie stójmy w miejscu. Trzymam kciuki za Wasze zmiany. Zobaczycie, że może i musi być lepiej!  

P.S. Wiem, że interesuje Was moja suplementacja, ale podkreślam po raz kolejny - to, co działa dobrze na mnie, nie musi wcale być potrzebne Wam. Nie jestem zwolenniczką podawania suplementów w ciemno. Uzupełnianie niedoborów jest sprawa bardzo indywidualna i powinno opierać się na wynikach badań konkretnego pacjenta.

niedziela, 17 maja 2015

Doktor Kharrazian o szukaniu przyczyny depresji

Wiele osób prosiło mnie o przetłumaczenie fragmentu rozmowy z doktorem Datisem Kharrazianem, która miała miejsce w marcu tego roku w ramach The Depression Sessions.

(film z przetłumaczonym fragmentem rozmowy został usunięty przez autora, ale wciąż można go zobaczyć na stronie dr Kharraziana: http://brainhealthbook.com)

Dr Kharrazian: Kiedy obserwujemy depresję kliniczną i chcemy się dowiedzieć, jak wygląda mechanizm, który ją wywołuje, zadajemy sobie pytania: „Jakie są objawy towarzyszące? Czy depresji towarzyszy bezsenność? Czy pacjent jest zmęczony? Czy ma mgłę umysłową? Czy odczuwa niepokój?”

Prowadzący: Więc to nigdy nie jest sama depresja?

Dr K: To nigdy nie jest tylko depresja. Wszystkie inne mechanizmy, które pacjenci wymieniają, na które narzekają, pozwalają nam określić prawdziwą przyczynę ich depresji.
Pamiętajmy, że w depresji obszar kory czołowej, zwany zakrętem obręczy (część mózgowia, kory limbicznej – JMH) nie funkcjonuje prawidłowo. Co wywołuje tę dysfunkcję? Dzięki informacjom o objawach towarzyszących możemy dojść do prawdziwej przyczyny depresji.

P: Co, jeśli mamy do czynienia z depresja i bezsennością?

Dr K: Depresja i bezsenność to bardzo, bardzo powszechne połączenie. Kiedy widzimy depresję z bezsennością przede wszystkim pytamy: jakiego typu jest ta bezsenność, czy pacjent ma problem z zasypianiem, czy ze zbyt wczesnym wybudzaniem, a może z jednym i drugim? Najczęstszą przyczyną takiej sytuacji jest to, że pacjenci wpadają w błędne koło. Po pierwsze – nie odpoczywają, przez co mózg nie dostaje szansy, by funkcjonować idealnie. Mechanizm, który powoduje problemy ze snem ma zwykle związek z kortyzolem. Problemy z kortyzolem są związane ze stresem albo z nieprawidłową dietą, np. kiedy poziom cukru we krwi nadmiernie spada w ciągu dnia, kiedy zjemy zbyt dużo węglowodanów itp. 
Kiedy poziom kortyzolu jest wysoki późnym wieczorem, bardzo trudno zasnąć. Kortyzol, który jest hormonem produkowanym przez nadnercza, ma swój rytm dobowy. Poziom kortyzolu powinien być najwyższy rano, po czym zmniejszać się ku wieczorowi. Niektórzy ludzie mają ten cykl zaburzony – tzn. kortyzol jest wysoki przez cały dzień i nie spada pod wieczór – wtedy problemy z zaśnięciem są całkowicie uzasadnione. Takie osoby o 4 nad ranem oglądają telewizję lub przestawiają meble w salonie.
Kortyzol może wywołać depresję. Nasze hormony wpływają na korę czołową i przewlekła ekspozycja na kortyzol może być przyczyną depresji.
Kilka lat temu Harvard opublikował ważne badania, podczas których odkryto, że obszar mózgu zwany hipokampem, który reguluje poziom kortyzolu może ulec zanikowi. Dzieje się tak u wielu osób chorujących na przewlekłą depresję. Wiemy więc, że istnieje związek między kortyzolem a trudnościami z zasypianiem. Najczęstszą przyczyną wysokiego poziomu kortyzolu jest stres -  w naszym życiu dzieje się zbyt wiele, a my się tym denerwujemy. Jednak nie zdajemy sobie sprawy, że możemy uszkodzić swój mózg poprzez długoterminową nadprodukcję kortyzolu.

P: Naprawdę?

Dr K: Tak, można rzeczywiście spowodować atrofię mózgu. Rytm dobowy kortyzolu może zostać na stałe wysoki, a kiedy kortyzol idzie w górę dochodzi o zjawiska zwanego insulinoopornością. Nasze receptory insuliny przestają pracować. Dlatego mimo iż jemy, czujemy coraz większe zmęczenie i pragnienie cukru. Wtedy organizm stara się wyprodukować więcej insuliny, by otrzymać glukozę z pokarmów, które spożywamy. A kiedy mamy wysoką insulinę i wysoki kortyzol – one zaczynają się wzajemnie nakręcać i depresja z bezsennością gotowa.
Ludzie, którzy nie rozumieją tego mechanizmu często myślą „jeśli tylko będę mógł spać, nie dostanę depresji”.
Medycyna naturalna zastosuje w takiej sytuacji zioła uspokajające, magnez, różne substancje na wyciszenie, które pomogą zasnąć, np. kava kava (pieprz metystynowy – JMH) itd.
Model farmakologiczny zignoruje taką postawę i powie: „dajmy pacjentowi środek antydepresyjny, który mu wyłączy mózg i sprawi, że odpłynie”.
W rzeczywistości to w żaden sposób nie przerywa błędnego koła. Jeśli masz depresję i nie możesz zasnąć, pierwszą rzeczą, na którą powinieneś zwrócić uwagę jest poziom kortyzolu. Jeśli jest wysoki, należy stwierdzić, czy wywołuje go wysoka insulina, czy stres. Dopóki tego nie określimy, nie możemy odpowiednio leczyć depresji.

P: Robicie badania kortyzolu ze śliny?

Dr K: Tak, najlepiej określić poziom kortyzolu w ślinie. Próbki zostają pobrane rano, w południe i wieczorem. Wtedy widać, jak kortyzol zachowuje się w ciągu dnia, czy rytm dobowy został zaburzony.

P: Czy przyglądacie się także diecie pacjentów?

Dr K: Tak. Pacjenci głównie skarżą się na zmęczenie i pragnienie cukru po tym, jak zjedzą. „Odpływają” po jedzeniu. To zawsze widać u ludzi, którzy mają wysoki poziom kortyzolu. W badaniach laboratoryjnych obserwujemy, że takie osoby powoli zmierzają w stronę cukrzycy. Jeszcze nie są cukrzykami, ale ich poziom cukru we krwi na czczo zaczyna być podwyższony. 
Jeśli masz depresje i kłopoty z zasypianiem, jeśli pragniesz cukru i ogarnia cię słabość po jedzeniu, możesz być w tym błędnym kręgu. I każde leczenie, które nie weźmie tego pod uwagę będzie chybione.  

P: Jak to leczycie? Jak obniżacie kortyzol? Jak kontrolujecie poziom cukru we krwi? Tylko lepszą dieta?

Dr K: Tak. Czasami ogromną zmianę mogą przynieść rzeczy takie jak przerywany post.

P: Co to jest?

Dr K: To zwykły post tyle, że co drugi dzień. Albo trzeba ograniczyć przyjmowanie pokarmów. To bardzo proste.

P: Czy takie głodówki pomagają uwrażliwić receptory insuliny?

Dr K: Tak. Kiedy pacjenci poddają się przerywanym postom, mogą to zrobić dzisiaj, mogą to robić co drugi dzień, albo po dwóch dniach. Są różne wersje głodówek przerywanych. To sprawia, że receptory stają się bardziej wrażliwe na insulinę. Inną kluczową kwestią jest to, że kiedy nie jedzą, nie czują zmęczenia. Jeśli jedzą i czują po tym zmęczenie – to oznacza, że jedzą zbyt dużo. Muszą to spożycie ograniczyć. Ograniczanie zaczyna się zwykle od cukru i skrobi. Pacjenci eliminują cukier i skrobię i nadal czują zmęczenie, wtedy muszą zmniejszyć wielkość swoich posiłków. Dopóki nie przestaną odczuwać zmęczenia po posiłku, nie złamią tego kręgu insulinowo-kortyzolowego. Poza tym jeśli oczekują, że depresja odejdzie, nie mogą być adwokatami pracującymi po 80 godzin tygodniowo. To się nie zdarzy. Tacy ludzie są zbyt mocno narażeni na stres.

P: Co myślisz o obniżaniu poziomu kortyzolu przy użyciu fosfatydyloseryny (substancja wspomagająca działanie neuroprzekaźników, usprawniająca prace mózgu, poprawiająca koncentracje i zdolność uczenia się, sa badania, że może blokować wytwarzanie kortyzolu – JMH)?

Dr K: Tak, dziękuję za to pytanie. Są pewne substancje, których możemy użyć. Fosfatydyloseryna może być pomocna. Adaptogeny, rhodiola, żeń-szeń, Punarnava (łac. Boerhaavia diffusa). One wszystkie mogą pomóc, ale nie są najważniejsze. Te substancje mogą być uzupełnieniem terapii, ale samo przyjmowanie fosfatydyloseryny nie wyrwie pacjenta z błędnego koła.

P: Zanotowałem sobie jedno zdanie z Twojej książki: „skoki cukru we krwi zmniejszają zdolność LANA do transportu tryptofanu do mózgu”. Porozmawiajmy o tym.

Dr K: Skoro już jesteśmy w temacie cukru we krwi, to naprawdę ważne zagadnienie. Wiemy, że wiele osób w depresji ma neurologiczne zaburzenia i rozchwianie poziomów - czy to serotoniny, czy dopaminy, GABA, acetylocholiny lub czegokolwiek innego. Najczęściej dotyczy to serotoniny i dopaminy. Kłopoty z cukrem we krwi i skoki insuliny, czy to z powodu zbyt długich przerw między posiłkami, czy z przejedzenia – rozregulowują coś co nazywamy transporterem aminokwasów LAT-1 (ang. large amino acid transporter LAT-1 lub LANA).
To utrudnia przenoszenie do mózgu takich substancji jak tryptofan, acetylocysteina (NAC), tyrozyna - czyli prekursorów serotoniny, dopaminy czy epinefryny (adrenaliny). Dlatego sprawdzanie poziomu cukru we krwi w depresji jest bardzo ważne.
Często mamy do czynienia z pacjentami, z niskim poziomem cukru we krwi i słabą pracą nadnerczy. W ich przypadku bezsenność objawia się odwrotnie – nie potrafią spokojnie spać. Ludzie, którzy mają niski poziom cukru wybudzają się w środku nocy, co nasila ich depresję.
Ktoś przychodzi do naszego gabinetu, ma przewlekłą depresję i mówi „Nikt mi nie umie pomóc. Nie wiem, co robić. Próbowałem tych wszystkich aminokwasów, tych różnych rzeczy, które miały mi pomóc w depresji farmakologicznie, naturalnie – i nic.”. Wtedy często widzimy, że taki pacjent ma symptomy niskiego poziomu cukru we krwi. Jest rozchwiany, roztargniony, rozdrażniony między posiłkami. Kiedy je czuje się zdecydowanie lepiej.
Kiedy pacjent ma przewlekłą depresję i nie może spać w nocy, wiemy, że mamy do czynienia z depresją związaną z niskim kortyzolem i niskim poziomem cukru we krwi. To idzie ręka w rękę. Kiedy popatrzymy na rytm kortyzolu, powinien być wysoki rano i niski wieczorem, ale pomiędzy późnym wieczorem a rankiem poziom kortyzolu znowu się podnosi.
Kiedy jesz kolację, jesz białka, tłuszcze, węglowodany i dostarczasz ładunek glukozy, którą twój organizm zużywa w ciągu kolejnych czterech godzin, prawda? Twój mózg zużywa około 1/3 tej glukozy… Kiedy ktoś idzie do łóżka po kolacji – powiedzmy, że zjadł kolację o 18 – to już około 2 w nocy zużył całą glukozę z ostatniego posiłku.

P: I wtedy poziom cukru jest niski?

Dr K: Tak, poziom cukru jest niski. W takiej sytuacji organizm zwykle zaczyna produkować kortyzol, który wywołuje rozpad glikogenu, czyli zmagazynowanej glukozy. Wtedy poziom cukru we krwi podnosi się i podnosi…

P: Tak się dzieje, gdy poziom cukru we krwi jest zbyt niski?

Dr K: Dokładnie.

P: To poważny problem, prawda? Ciało chce sobie pomóc. Mówi: oto, kortyzol…

Dr K: Zgadza się.

P: … rozwalmy trochę glikogenu. Wysyła dodatkowy cukier do krwi. I niby powinno być lepiej, ale podniesiony kortyzol budzi nas w środku nocy, tak?

Dr K: Co ważniejsze, jeśli nie masz wystarczająco dużo kortyzolu, by podnieść cukier we krwi, nadnercza zaczynają produkować adrenalinę. I to właśnie ona cię budzi w środku nocy.

P: Rozumiem.

Dr K: I znowu, można zbadać dobowy kortyzol w ślinie. Kortyzol powinien być wysoki rano, niski wieczorem. U ludzi, którzy mają go mało, jest zwykle niski przez cały dzień. Zwykle mają oni również objawy niskiego poziomu cukru we krwi. I właśnie taka kombinacja: niski cukier - niski kortyzol może być przyczyną ich depresji. Osoby z chroniczną depresją często skarżą się „mam depresję, cierpię na bezsenność” i myślą „gdybym tylko mógł spać, wiem, że depresja by odeszła”. Prawdopodobnie miewali takie okresy, gdy ich poziom cukru stabilizował się - spali wtedy lepiej i czuli się lepiej, prawda? Ale niestety wracają do tego błędnego koła. Ludzie, którzy mają depresję i problemy z cukrem, mają problemy ze bezsennością.

P: Melatonina… Ludzie zaczynają przyjmować melatoninę, by spać dłużej. Czy ty to zalecasz?

Dr K: Nie. Ona działa, ale tylko przez jakiś czas. Jeśli bierzesz melatoninę regularnie możesz zapomnieć o wyregulowaniu dobowego rytmu kortyzolu.

P: Dlaczego?

Dr K: Kortyzol i melatonina są antagonistami. Kortyzol powinien być wysoki rano i niski wieczorem. Rytm melatoniny jest zupełnie odwrotny. Kiedy kortyzol spada - melatonina rośnie, kiedy melatonina rośnie - kortyzol spada. Gdy zaczynasz przyjmować melatoninę, zaburzasz rytm własnych nadnerczy. Później mamy pacjentów, którzy przyjmują przez jakiś czas melatoninę i zaczynają mieć problemy z kortyzolem. Nie możemy tego naprawić dopóki nie odstawią melatoniny i nie ustabilizują swojej diety i poziomu cukru we krwi.

P: Co się dzieje, gdy ktoś ma depresję i mgłę mózgową? Co myślisz o takiej sytuacji?

Dr K: No właśnie. To trochę jak kliniczny podarunek. „Mam mgłę umysłową i mam depresję”. Wiemy, że mgła mózgowa jest zwykle związana z nieprawidłowym funkcjonowaniem neuronów wywołanym reakcją zapalną.

P: W korze przedczołowej czy płacie czołowym? Czy to to samo?

Dr K: Każda depresja jest w jakimś stopniu związana z korą przedczołową, korą oczodołową, zakrętem obręczy. To wszystko jest jakoś połączone.

P: Rozumiem.

Dr K: To właśnie ten obszar mózgu jest odpowiedzialny za fakt, że pacjenci mają zmiany nastroju, są nieszczęśliwi, brak im motywacji, nie chce im się nic robić. Jeśli przychodzą do nas osoby i skarżą się na mgłę umysłową wiemy, że w tej części mózgu jest prawdopodobnie stan zapalny i zastanawiamy się, co go spowodowało. Czy uraz głowy w przeszłości? Czy stan zapalny jelit? Czy mają prozapalny styl życia? To są wszystko wskazówki dla nas. Czy towarzyszy temu ból całego ciała? Czy żyją w przewlekłym bólu? To wszystko może potwierdzać, że ich depresje wywołują stany zapalne. 
Mamy też przypadki, w których jest obecny przewlekły ból bez stanu zapalnego i tacy pacjenci też mają depresję. To bardzo interesujące.
Są osoby z przewlekłą niezdiagnozowaną depresją, które maja tzw. bóle neurogenne. Nasz mózg nie jest w neurologii uznawany za zmysł, taki jak węch czy smak. Jest związany z emocjami. Nasza percepcja bólu nie zawsze musi być prawdziwa. Każdy ma inny odbiór, inne postrzeganie bólu. Jeśli weźmiemy 20 osób i uszczypniemy je w dokładnie taki sam sposób, każda z nich odczuje inny rodzaj/stopień bólu, prawda? Może to być częściowo spowodowane obecnością substancji chemicznych powstających w procesach zapalnych, które uwrażliwiają włókna czuciowe, ale ogromne znaczenie ma też to, jak pracuje sam mózg. Obszar mózgu związany z depresją – obręcz – „infekuje” także inne miejsce w mózgu, które odpowiada za percepcje bólu. Osoby z przewlekłą depresją, u których źle funkcjonuje kora przedczołowa, a zwłaszcza zakręt obręczy, mają bóle neuropatyczne.

P: Tyle, że odczucie bólu pochodzi z mózgu…

Dr K: Takich ludzi można – dosłownie – dotknąć, a oni odczują ból. To tzw. allodynia. Wszyscy myślą, że żyją w przewlekłym stanie zapalnym, stosują diety przeciwzapalne, ponieważ ich ciało ciągle boli, ale tak naprawdę mają do czynienia z bólem neurogennym.

P: Co się wtedy dzieje? Czy mózg wytwarza wrażenie bólu nawet jeśli nie doszło do żadnych obrażeń?

Dr K: Dokładnie. To bardzo powszechne wśród ludzi mających depresję, która zwykle angażuje te same obszary mózgu - zakręt obręczy, będący obszarem limbicznym kontrolującym emocje, nastrój oraz myśli i często "infekuje" istotę szara okołowodociągowa, która normalnie pełni funkcje przy zstępującej modulacji bólu.

P: Czyli ona pozostaje włączona.

Dr K: Tak, zostaje włączona. I tacy ludzie mają przewlekłe bóle. Wystarczy niewielki obrzęk na ramieniu, a oni czują, jakby mieli najgorszy ból na świecie. W badaniach klinicznych udowodniono, że nawet wiatraczek ustawiony w stronę ich skóry może wywołać ból, jakby wbijano im w ciało noże. To ból neurogenny. To ważne, by odróżnić takich ludzi od tych, którzy mają chroniczne stany zapalne. To zupełnie coś innego niż osoby, które jedzą prozapalne pożywienie mając wiele nietolerancji pokarmowych, przez co ich stawy bolą i puchną. W tym wypadku, ból wywołuje ich reakcja zapalna na niewłaściwe jedzenie. Ludzie z bólem neurogennym mogą nie mieć żadnego stanu zapalnego, oni po prostu mają zaburzona percepcje bólu.

P: Przejdźmy do depresji z objawami lękowymi.

Dr K: To bardzo powszechne. Wiele osób ma depresje z lękami. Nie potrafią „zamknąć”, wyłączyć swojego mózgu, który cały czas się męczy. Depresja lękowa występuje często u ludzi mających problemy z GABA. Dodatkowo dręczy ich niespokojny umysł i nie potrafią przestać o czymś myśleć. Najgorszą rzeczą, jaką można im zrobić jest zamknięcie w ciemnym pokoju i pozostawienie sam na sam z myślami. To zwykle ci ludzie, którzy musza mieć włączony telewizor, gdy idą do łóżka. Wiedzą, że potrzebują rozproszenia myśli. To najczęściej osoby z dysfunkcją układu GABA, a GABA jest neuroprzekaźnikiem, który ma uspokajać mózg. Kiedy jest problem z wyciszeniem głowy, umysł pędzi z prędkością miliona mil na godzinę, a kora przedczołowa i inne części mózgu zaczynają być po prostu przemęczone. A kiedy mózg jest zmęczony, przychodzi depresja. Takie objawy mówią nam, że coś jest nie tak z układem GABA. Wtedy należy zadać sobie pytania: „co tam się dzieje? skąd te deficyty?”.


Bardzo przepraszam za niedoskonały język i ewentualne błędy w tłumaczeniu.